“Zbawiciel Niepotrzebny” – Małgi Kowalska

Prezentujemy pracę laureatki pierwszego miejsca Pierwszej Edycji Konkursu Optymistycznej Fikcji Klimatycznej, Małgi Kowalskiej!


Zbawiciel Niepotrzebny

Na tle brudnego, żółtawoszarawego nieba odcinały się wyraźnie jedynie czarne kłęby dymu, buchające z ogromnych betonowych kominów jak z nozdrzy jakiegoś zakopanego pod ziemią smoka. Całą resztę miasta, w tym same kominy, ale i miriady elektrycznych świateł, przysłaniało coś podobnego do mgły. Oczywiście nie była to sensu stricto mgła, a po prostu tutejsze powietrze. Dziwaczna zawiesina gazów i pyłów, nadająca niebu żółtawoszarawy odcień. Choć od miasta dzieliło ich jedynie parę kilometrów jałowej równiny, naznaczonej jedynie to tu, to tam kikutami drzew spalonych kwaśnym deszczem, niewiele poza dymem dało się ujrzeć. Nawet wysokie, szklane wieżowce nie odbijały krwistej poświaty wschodzącego słońca, które właśnie zaczęło wyłaniać się zza odległego horyzontu. Zwyczajnie nie mogło się ono przedrzeć przez gęste chmurzyska i pozostawało jedynie jakby przysłoniętym watą reflektorem. Nad biurowcami i wyglądającymi jak pudełeczka blokami już zaczynał zagęszczać się ruch. Nie ustawał nigdy, ale nocą znacznie się uspokajał. Teraz jednak nastawał dzień. Ciemne kropeczki latających pojazdów migały między iglicami budynków, wioząc ludzi do lub z pracy. Oczywiście wśród robotników na transport powietrzny mogła sobie pozwolić tylko garstka, tak zwana, prześmiewczo już chyba, „klasa średnia”. Rzeczywiście, znajdowała się idealnie w środku między rzeszami rodzin tak biednych, że pomimo pracy niejednokrotnie wszystkich jej członków, ledwo mogli pozwolić sobie na porządny posiłek raz w tygodniu, a prawie że możliwą do policzenia na palcach grupą najbogatszą, posiadającą nawet takie luksusy jak oczyszczone powietrze i nieograniczony dostęp do wody.
– Teresa – rozległo się nieoczekiwanie w szumie dochodzącym z miasta. Dziewczyna nie zareagowała, wpatrzona w odległą metropolię. Była oparta o pobladłe, zatrute kwaśnym deszczem truchło drzewa na skraju oszpeconego kikutami marnego lasu.
– Teresa – powtórzył niecierpliwie niski chłopak. Poza wzrostem niewiele więcej dało się określić, bo całą jego postać osłaniała drobna moskitiera, spadająca do ziemi z szerokiego ronda kapelusza, zaś twarz dodatkowo zasłaniała mu maska przeciwpyłowa. Teraz dopiero dziewczyna drgnęła i obróciła się gwałtownie. Wcześniej nie dotarło do niej, że już od jakiegoś czasu nie słyszy odgłosów mocowania się z metalem. No tak. Właz przy torach stał otworem.
– Wybacz, Slawa, zamyśliłam się – rzuciła lekko.
Niewielką odległość dzielącą ją od włazu pokonała sprężystym, mocnym krokiem, od którego moskitiera na jej kapeluszu podskakiwała rytmicznie.
– Też mi nowość – mruknął tamten. Nie denerwował się jednak na poważnie, a jedynie
prowadził z Teresą grę.
– Wiecie o ile sprawniej byśmy pracowali, gdybyście się wiecznie nie przekomarzali? –
zapytała trzecia osoba. Siedziała w pewnym dystansie, na jednym z zaparkowanych głębiej w lesie elektrycznych motocykli. Na podgiętych kolanach położyła sobie małe urządzenie przypominające klawiaturę. Wyświetlało ono w powietrzu kilka półprzezroczystych, zielonych okienek, które co jakiś czas falowały lub zamarzały na chwilę.
– Dobra, dobra – rozległo się echem z dziury w ziemi. Teresa myszkowała już wewnątrz, wprawnie klikając przyciski, podpinając i rozpinając kable, coś rozcinając…
– Zastanawiałam się po prostu, kto mieszka w takich miastach – dodała.
– Przecież dobrze wiesz – wzruszył ramionami mężczyzna, rozglądający się teraz w obie strony elektromagnetycznych torów.
– Denialiści, ci, którzy boją się porzucić znaną rzeczywistość, ofiary propagandy tych
wielkich koncernów – wyliczał.
– No i oczywiście ich właściciele – splunął.
– Gwoli ścisłości. – Osoba z urządzeniem przerwała, nie przestając jednocześnie śledzić wykresów.– Właściciele mają swoje wygodne, sztucznie utrzymane w czystości działeczki daleko za miastami. Zresztą, wszyscy o tym świetnie wiemy.
– Mój ty świecie, Nur, ty naprawdę jesteś beznadziejnym przypadkiem analitycza. Musisz być zawsze takie dokładne? – jęknął.
– Mój ty świecie, Rostislawie, muszę – zakpiło „beznadziejne analitycze”.
– No i kto się niby przekomarza? — rozległo się spod ziemi.
– Nur, masz coś?
– Jeszcze nie, kombinuj dalej. Mam wrażenie, że poszli po rozum do głowy i trochę
wzmocnili zabezpieczenia na tym odcinku trasy. Z dziury w ziemi dobiegło zirytowane westchnięcie i odgłosy dalszej krzątaniny. Poleciało nawet parę przekleństw.
– Dobra, tu się przynajmniej nie trzeba strzelać z robotami. Jeszcze – rzucił Slawa,
odruchowo sięgając do przytroczonej do pasa broni.
– Nie takie rzeczy robiliśmy, co? – mruknęło Nur. Chwilę później wpatrzyło się uważniej w
jedno z okienek. Błyskawicznie sprawdziło je z dwoma kolejnymi i zapytało:
– Tereniu, jak ci idzie?
– A jak ci pokazuje, że mi idzie? Bo ja mam wrażenie, że skończyłam.
– No ja też właśnie. A byłoby rychło w czas, bo zaraz będzie już całkiem jasno.
– Slawa, zbliż licznik bardziej do szyn, jeśli możesz.
Mężczyzna odpiął od paska spodni małe urządzonko i przyłożył je prawie do samego metalu. Nur krytycznie przyjrzało się hologramom, zamyśliło na chwilę i z zadowoleniem kiwnęło głową.
– Dobra, Teresa, wyłaź. Mamy to. Przez najbliższy czas żaden transport tędy nie przejedzie.
Następnie wstało z motocykla, schowało komputer w przepastne kieszenie swoich długich, szerokich spodni i zaczęło uruchamiać pojazd. Z pomocą Slawy Teresa wygramoliła się ze studni. Oboje poszli w stronę Nur i motocykli. Chwilę później cała trójka mknęła już kilkanaście centymetrów nad ziemią, przez rzadki, rachityczny las, wzdłuż zdezaktywowanych torów. Im bardziej oddalali się od miasta, tym las stawał się gęstszy i zieleńszy, ale wciąż nie przypominał tego znanego im tylko z historycznych zdjęć. Słońce stało już na niebie (przynajmniej tak się zdawało zza szarożółtych obłoków), gdy dotarli do
sporej osady. Na pierwszy rzut oka nie była widoczna. Między budynkami bowiem rosły gęsto drzewa, a ściany pokrywały inne rośliny. Dopiero po chwili zauważało się infrastrukturę i to, że ogrom zieleni jest tu podejrzany. Stacja sabotażystów znajdowała się na obrzeżach. Strażnik przy drzwiach garażu skinął oddziałowi i otworzył wrota. Zaparkowali motocykle na przypisanych miejscach i ruszyli do drzwi prowadzących do dalszej części budynku. Nur wprawnym gestem zdjęło moskitierę, odsłaniając swoją wysoką, potężną figurę. Było wysokie i zdawało się dość duże, choć spod luźnych, nieco przydługich ubrań ciężko było stwierdzić, czy to muskulatura, czy pulchność. Poprawiło szal na głowie i zdjęło maskę z filtrem, ukazując szeroką śniadą twarz. Odetchnęło pełną piersią. W jego ślady poszedł Slawa. Gdy wyswobodził się już ze swojej odzieży ochronnej, okazał się niskim ciemnym blondynem o nieco krzywym nosie i miękkich rysach.
– Że wam się chce – mruknęła Teresa.
– Że tobie się chce w tym chodzić – odparł Slawa.
– Zaraz i tak wychodzimy na ulicę, szkoda czasu – wzruszyła ramionami.
– Dokąd ci się tak spieszy? Myślałom, że jeszcze pójdziemy na drugie śniadanie — zdziwiło
się Nur.
– Muszę się ogarnąć przed spotkaniem Rady. Nie pójdę tam przecież przepocona, w
zakurzonych ciuchach. Co? Zakurzonych w kropki, w dodatku. Przyspieszyła kroku, by jak najsprawniej odłożyć służbowy sprzęt do magazynu ipójść do domu.
– Pracoholiczka… – westchnął Slawa.


Jakiś czas później, już czysta i do połowy ubrana, Teresa pochylała się nad umywalką w małej łazience i przyglądała sobie w lustrze, rozmazując dokładnie krem przeciwsłoneczny. Największą uwagę poświęciła piegowatym, bladym ramionom i twarzy, bo to one były najbardziej wystawione na działanie promieni. Syknęła cicho, naciągając skórę pod szarym okiem. Ogromny siniec rozlał się tam, tak jak i pod drugim. Oczywiście do podkrążonych oczu przywykła. Zawsze tak wyglądała. Ale kiedy te kręgi zdążyły tak urosnąć? Westchnęła i skończyła wmasowywać krem. Sięgnęła po preparat od insektów. Wtarła płyn ze słoiczka za uszami, na szyi i rękach. Potem włożyła jasną, lnianą koszulkę z małym rozcięciem przy dekolcie, strzepnęła kocią sierść z bojówek koloru khaki i odwinęła ręcznik z włosów. Wilgotnymi czarnymi strąkami opadły jej do podbródka. Zanim założyła smartwatch, rzuciła okiem na czas. Miała jeszcze pół godziny do wyjścia. Ruszyła z łazienki do pokoju i rzuciła się na kanapę. Stary mebel zaskrzypiał nieco. Teresa zamknęła oczy. Na ślepo sięgnęła do panelu kontroli światła i przygasiła energooszczędne świetlówki prawie do końca. Nie mogła sobie pozwolić na drzemkę, ale blask ją drażnił. Sprężyny znów zaskrzypiały i tapczan ugiął się, gdy obok dziewczyny wylądował ogromny, rudy kot. Zamiauczał z wyrzutem. Wciąż nie otwierając oczu, Teresa zaczęła drapać go za uchem.
– Co, Żabson, Mania cię nie nakarmiła, jak wychodziła? – zapytała. Kocisko miauknęło znowu, jeszcze bardziej natarczywie.
– No już, już – zaśmiała się. Wstała z wersalki i porwała gigantyczną kulę futra na ręce. Kula fuknęła, ale oparła się wygodnie na ramieniu dziewczyny i zaczęła mruczeć. Podeszli do drugiego kąta pokoju, gdzie za przepierzeniem był zlew i kocie miski. Spał tam z zadowoleniem drugi kot, szary w cętki. Przypominał bardzo małego rysia. Teresa spojrzała krytycznie na pełne miseczki.
– No i co, w czym problem, hm?
– Spojrzała na kocisko z udawaną naganą. Żabson fuknął. Obudziło to mikrorysia, który uniósł na nich zaspany wzrok.
– Śpij, Ryszard, śpij.
Z rudym kotem na rękach poszła do drzwi. Odstawiła zwierzaka na podłogę i zaczęła wiązać znoszone buty.
– Bądźcie grzeczni, co? – rzuciła do obu. Ryszard nie wyjrzał nawet ze zlewu, a Żabson rozłożył się tyłem do niej, obrażony.
– Niewdzięczne dzieciaki – mruknęła ze śmiechem. Parę razy roztrzepała jeszcze wilgotne włosy, po czym machnęła na nie ręką i narzuciła na siebie wełniane ponczo. Potem założyła maskę z filtrem i kapelusz z moskitierą. Postanowiła wyjść wcześniej, żeby jednak przypadkiem nie usnąć. Znalazła się na korytarzu. W obie jego strony ciągnęły się drzwi do podobnych pokoików. Na większości wisiały imiona właścicieli, a często też dziecięce rysunki czy tabliczki z różnymi napisami. Żeby dostać się do wyjścia z budynku, musiała przejść przez pokój społeczny jej piętra, połączony z kuchnią. Akurat przy płytach krzątała się starsza pulchna sąsiadka, która na zmianę z innymi seniorami zajmowała się właśnie gotowaniem i pilnowaniem najmłodszych, zajętych sobą w drugim kącie pokoju na wykładzinie.
– Dzień dobry, Teresko! – zawołała. Kilkoro dzieci oderwało się od zabawy i również
przywitało.
– Dzień dobry, ciociu Haniu, cześć młodzieży – Teresa skinęła głową staruszce i maluchom.
– Akurat gotuję napar energetyzujący dla tych, którzy wstają później. Chciałabyś może? – zaproponowała.
– Nie wzięłam termosu, podziękuję – dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Ależ co za problem, przecież jest parę wspólnych.
– Nie, naprawdę dziękuję, ciociu, spieszę się – odparła przepraszająco.
– No dobrze. Miłego dnia!
Teresa również życzyła miłego dnia i zaczęła zbiegać po schodach. W duchu podziękowała światu, że miała już na sobie gęstą moskitierę i kobieta nie mogła zauważyć jej cieni pod oczami. Wydostawszy się z budynku, złapała swój ulubiony rower ze stojaka pod blokiem i, przyczepiwszy wpierw moskitierę tak, żeby jej nie przeszkadzała, zaczęła pedałować w dół wąskiej ulicy. Do Budynku Wspólnoty, służącego wszelkim większym zebraniom, dziewczyna musiała przebyć spory dystans. Nie przeszkadzało jej to jednak specjalnie. Zawsze lubiła patrzeć, co się dzieje. Najpierw przyglądała się więc wysokim blokom, których ściany pokrywały gęsto różne rośliny, a dachy panele słoneczne i wiatraki. Potem opuściła nieco wzrok i obserwowała mijających ją ludzi na rowerach, hulajnogach lub elektrycznych pojazdach.
Sektor Mieszkalny zajmował dość duży obszar, ale było to całkiem logiczne. W końcu istniały jedynie dwa. Przebiwszy się do końca, osiedli. Teresa wyjechała wreszcie do Sektora Wspólnoty. Ten najmniejszy ze wszystkich Sektorów, w który z obu brzegów klinem wcinał się las, mieścił w sobie zarazem wszystkie najważniejsze budynki. To tu znajdowały się szpital, szkoła, duży ośrodek sportu, centralna biblioteka, punkty poboru żywności, leków, tekstyliów, główna siedziba służb naprawczych… Słowem wszystko, czego potrzebował praktycznie każdy. Na drugim jego brzegu, tuż na granicy z Sektorem Mieszkalnym B, stał Budynek Wspólnoty. Jeszcze dalej, już za blokami, był też Sektor Wytwórczy, gdzie uprawiano, hodowano i wytwarzano wszystko, czego potrzebowali mieszkańcy, a także przetwarzano to, co już zużyli. Gdyby zawrócić i pojechać za dom, w którym mieszkała Teresa, trafiłoby się do najbardziej wysuniętego w stronę Warszawy Sektora Naukowego, zapełnionego przez elektrownie, stację meteorologiczną, inne ośrodki badawcze i jakby na doczepkę, stację sabotażystów. Dziewczyna zostawiła rower na stojaku przed Budynkiem Wspólnoty i ruszyła do środka. Zdejmując z siebie moskitierę i maskę, kiwnęła administratorce.
– Cześć, Sala Rady wolna? – zapytała. Blondynka siedząca na recepcji skinęła głową.
– Jasne. A ty, jak zwykle, przed czasem, co?
Teresa odpowiedziała jedynie krótkim śmiechem i poszła w głąb budynku. Ściany pokrywały tu rozliczne plakaty kampanii społecznych, kolorowe malunki, ekrany. Sala Rady mieściła się na pierwszym piętrze, na końcu korytarza. Była to jedna z tak zwanych sal małych, gdzie mieścił się zaledwie jeden duży kwadrat złożony ze stołów. Dziewczyna
usiadła na krześle na środku jednego z boków kwadratu i odchyliła się. Ze smartwatcha wyświetliła swoje notatki, przejrzała je szybko i pogrążyła w myślach. Przypominała sobie początki Wspólnoty. Sama, co prawda, nie doświadczyła ich, ale uczyła się o nich w szkole.
Osada zaczęła powstawać na kilkanaście lat przed narodzinami Teresy, a jej pierwszy prawdziwy rozkwit przypadł na dziesięć lat później, gdy sprowadzili się tu rodzice dziewczyny. Ona sama spędziła tu już całe życie, ale z wczesnego dzieciństwa pamiętała, jak osada wyglądała w okresie zmian. Gdy wdrażano stopniowo sprowadzoną wreszcie technologię, a potem ulepszano ją i ulepszano. Gdy amatorszczyznę i prowizorkę zastępowały fachowość i profesjonalizm. Żmudny proces stawiania fundamentów pod niezależną od Warszawy, samowystarczalną i funkcjonującą zgodnie ze środowiskiem Wspólnotę zakończył się sukcesem. Po diametralnej, skokowej zmianie pierwszego rozkwitu dał owoce w postaci stabilnej, powoli ulepszającej się wciąż osady. I choć wciąż coś czasem zawodziło, parli przecież do przodu. Z rozważań wyrwał Teresę dopiero drobny chłopaczek o bardzo ciemnej skórze i włosach skręconych w długie dredy. Tłumacz migowego.
– Cześć – przywitał się.
– O, cześć, Komla. Jak tam?Nim odpowiedział, chłopak usadowił się na wysokim krześle za plecami Teresy.
Podwyższenie służyło temu, by był dobrze widoczny.
– Nic nadzwyczajnego. Jak zwykle mam ręce pełne roboty. A u ciebie?
Pokręciła teatralnie głową, dając mu do zrozumienia, że też jest potwornie zabiegana. Sala powoli zapełniała się radnymi, a tuż przed godziną rozpoczęcia wszedł ostatni z nich. Wtedy Teresa wyświetliła znów swoje notatki, po czym wstała.

– Ok, oficjalnie otwieram tygodniową sesję Rady Wspólnoty. Zgodnie z harmonogramem obrad dzisiaj najpierw wysłuchamy projektu przygotowanego przez grupę licealistów, a potem już standardowo lecimy po kolei z raportami i problemami. Czy ktoś zgłasza może priorytet? Nikt z radnych nie odezwał się.
– A czy ktoś już teraz wie, że składa raport bezproblemowy?
Tu rękę podniosło parę osób. Dziewczyna rozejrzała się szybko po sali, pokiwała głową i palcem wpisała poprawki do swoich notatek. Potem skinęła na troje nastolatków stojących przy drzwiach.
– Prosimy – rzekła, siadając. Licealiści popatrzyli na siebie nieco stremowani, potem na swoje urządzenia z notatkami, następnie znów po sobie i w końcu naprzód wystąpiła śniada dziewczynka z długim czarnym warkoczem. Skubnęła jeszcze parę razy rękaw różowego
polaru i zaczęła mówić:
– Dzień dobry, ja jestem Farida, a to są Milo – wskazała na niską, przysadzistą osobę w
kraciastej koszuli i kwadratowych okularach, która skinęła nieśmiało.
– I Tymek – tu z kolei skierowała rękę w stronę wysokiego, szczupłego chłopaka, który smukłą ręką poprawiał właśnie kosmyk włosów wypadnięty z kucyka.
– Jesteśmy przedstawicielstwem jednej ze szkolnych grup aktywistycznych, zresztą niektórzy z was już nas znają. Chcielibyśmy przedstawić nasz projekt społeczny z zakresu sabotażu edukacyjnego. Tu zrobiła małą pauzę, wzięła głęboki wdech i kontynuowała już pewniej:
– Wiemy, że działania w tym zakresie są prowadzone z nieustającymi zaangażowaniem, ale wpadliśmy na nową formę. Otóż, o ile nam wiadomo, nikt już dawno nie wykorzystał w celu edukacji najbiedniejszych warszawiaków sztuki i to tej prostej, najbardziej przystępnej. W związku z tym całą grupą stworzyliśmy coś, co tak naprawdę już teraz byłoby gotowe do wyświetlenia w mieście lub rozklejenia w postaci plakatów i ulotek.
– Co to takiego? – zapytał z zainteresowaniem potężny, rudy mężczyzna. To Krzysztof, czyli
radny odpowiadający właśnie za kwestię sabotażu edukacyjnego. Farida speszyła się nieco, jakby nagle niepewna swojego pomysłu i popatrzyła znów po towarzyszach. Ci skinęli głowami.
– To bardzo proste. To komiksy – odrzekła. Wtedy do przodu wyszło Milo. Wyciągnęło przed siebie urządzenie wielkością przypominające pudełko od zapałek i wyświetliło przed Radą serię krótkich, kolorowych komiksów.
– Opracowaliśmy je tak, żeby były napisane prostym językiem i narysowane jak najbardziej czytelnie. Część po prostu informuje o Wspólnocie, ale większość zachęca do stworzenia własnej i zapewnia o naszej pomocy – wyjaśnił Tymek.
– Wiemy, że podobne akcje, ale innymi materiałami, są przeprowadzane rutynowo – dodało Milo. Radni popatrzyli po sobie, po czym zaczęli kiwać z uznaniem.
– Pomysł wydaje się świetny. Mogłobyś mi to przesłać? – zwrócił się Krzysztof do Milo. Ono skinęło ochoczo i zabrało się do transferu komiksów ze swojego urządzonka na tablet mężczyzny.
– Na pierwszy rzut oka bardzo dobry plan. Przedyskutujemy to jeszcze i damy wam znać. Ok? – podjęła Teresa. Nastolatkowie upewnili się nawzajem wzrokiem, że są jednomyślni, po czym znów odezwała się Farida:
– Ok. Będziemy czekać.
Następnie przedstawicielstwo pożegnało się i wyszło, by wrócić na lekcje.
– Świetnie, to zajmiemy się tym, jak dojdziemy do Krzysztofa, co? A teraz lecimy z programem. Co słychać w energetyce? – zapytała Teresa. Podniosła się wtedy drobna kobieta w średnim wieku, o ciemnej karnacji. Ręką pokrytą wzorkami z henny poprawiła czarny kok. Była to Pooja, jedna z najbardziej doświadczonych ekspertek do spraw energii wiatrowej.
– Raportuję, że dzięki ostatnim modyfikacjom paneli fotowoltaicznych jesteśmy w stanie uzyskać więcej energii niż dotychczas. To pozwoli na pełniejsze doładowanie akumulatorów awaryjnych, a jeśli stan taki się utrzyma, uruchomienie większej liczby motocykli elektrycznych. Ponadto mieliśmy w zeszły czwartek niegroźną awarię w elektrowni wodnej, ale została szybko opanowana i zasilanie awaryjne w Sektorze Mieszkalnym A musiało działać jedynie przez godzinę. Zarówno w energetyce wiatrowej, jak i atomowej bez zmian. Proces wygaszania roli reaktora postępuje w zwykłym tempie. Dziękuję – Pooja usiadła.
Podobne raporty składali potem kolejni radni. Teresa z zadowoleniem konstatowała, że większość jest pomyślna, a jeśli już pojawiał się problem, to albo udawało się go prędko rozwiązać, albo przynajmniej ustalić, jakie kroki trzeba podjąć, by znaleźć rozwiązanie. Omawiano sprawy zdrowia, edukacji, napraw publicznych, hodowli, upraw, produkcji, dystrybucji, sabotażu aktywnego i edukacyjnego (uznano, że nie zaszkodzi na próbę skorzystać z komiksów), transportu, przetwórstwa odpadów, dalszej minimalizacji wpływów na środowisko. Tu wywiązała się drobna dyskusja.
– Czy naprawdę musimy w to wkładać tyle wysiłku? – zapytał Slawa, który odpowiadał za sabotaż aktywny.
– Przecież i tak już przetwarzamy dziewięćdziesiąt osiem procent odpadów, nasze emisje są zerowe… Co możemy jeszcze zrobić?
– Uważam, że musimy dążyć do obiegu całkiem zamkniętego. Zresztą zawsze warto się doskonalić, prawda? – żachnęła się Swieta, ekspertka do spraw minimalizacji wpływów na środowisko.
– Dobra, ale co nam da przejście do obiegu całkiem zamkniętego, gdy tuż za lasem stoi sobie Warszawka, ze swoją elektrownią i istnymi hałdami plastiku?
– O przepraszam, brzmisz, Rostislawie, jakbyś chciał przekładać odpowiedzialność.
– O przepraszam, Swietlano, ale to chore państwo powinno nareszcie przyjąć całościowo zmiany systemowe. Brak takiego działania możemy oglądać za oknem. Gdyby nie błaznowali pięćdziesiąt lat temu, to może dzisiaj nie musielibyśmy nosić moskitier i masek, a już na pewno nie trzeba by codziennie czegoś rozwalać w elektrowni! Na szczęście następny miał przemawiać ekspert od deeskalacji i atmosfera zelżała. Ostatnia raportowała Masza, młodziutka radna odpowiedzialna za meteorologię.
– Właściwie, to powinnam chyba była zgłosić priorytet, ale jakoś spanikowałam – zaczęła z
przepraszającym uśmiechem, poprawiając ciemnoblond loki.
– Ostatnio nasze pomiary zrobiły się niepokojące. Wręcz nieprawdopodobne, rzekłabym.
Obecnie kontaktujemy się z innymi Wspólnotami, żeby potwierdzić wyniki. Możliwe będzie wprowadzenie stanu wyjątkowego. Huragan.
– Jak duży? – spytała rzeczowo Teresa.
– Tu leży cały problem. Skończyła nam się skala.
W sali obrad na moment zapadła grobowa cisza. Słychać było jedynie bzyczenie
świetlówek i przyspieszone oddechy.
– Kiedy będziecie wiedzieć na pewno?
– Dziś po południu. Jeśli będzie trzeba, włączymy alarmy.


Od razu po zakończeniu obrad wydano ostrzeżenie huraganowe. Ludziom nakazano zabezpieczenie wszystkich sprzętów i przygotowanie się na ewentualne spędzenie paru dni w schronach. Odradzono wychodzenie wieczorami. Nikt nie powiedział tego na głos, ale świetnie wiedziano, że w tym momencie syreny zawyć mogą w każdej chwili. Wróciwszy do domu, Teresa pomogła najpierw chować rowery do schowków, następnie zabezpieczać panele na dachach, a potem poszła szybko spakować torbę do schronu. Wiedziała, że to powinna w zasadzie zrobić w pierwszej kolejności, ale nie potrafiła nie rzucić się do pomocy. Żabson i Ryszard patrzyli na nią z pewnym niepokojem, nie miała jednak czasu ich uspokajać. Bowiem gdy tylko przygotowała swoje i Mani rzeczy, pobiegła wyręczać w tym sąsiadów z dużą liczbą dzieci lub lat na karku. Dopiero późnym wieczorem, gdy Marianna już dawno leżała na rozłożonej teraz kanapie, sprawdzając prace swoich uczniów, Teresa wróciła do mieszkania. Potwornie zmęczona, oklapła na krzesło.
– Co, nareszcie fajrant? – odezwała się Mania. Jej długie, błękitne włosy rozsypały się po
pościeli, a badawcze zielone oczy na chwilę podniosły znad wypracowań.
– Powiedzmy. Będę teraz siedzieć jak na szpilkach – westchnęła Teresa.
– Przemęczasz się. Wstałaś przed trzecią, a dochodzi dwudziesta druga. Jak cię znam, to pewnie nic nie jadłaś poza śniadaniem. Martwię się o ciebie. Wiesz, że jeśli zaczniesz się wysypiać albo pomożesz jednej rodzinie mniej, to Wspólnota się nie zawali. Prawda?
Popatrzyły sobie w oczy. Taką rozmowę prowadziły prawie codziennie i wyniki zawsze były identyczne. To znaczy żadne.
– Oj, Mania –Teresa znów westchnęła, kładąc się obok dziewczyny.
– Oj, Teresa – Tamta odparowała, przygarniając ukochaną do swojego boku. I wtedy zawyły syreny.


Schron znajdował się na drugim piętrze każdego bloku i większości instytucji. Na tyle wysoko, by nie zostać zalanym, na tyle nisko, by nie zerwał go wiatr. Zmieszczenie wszystkich mieszkańców budynku na jednym piętrze nie było co prawda specjalnie wygodne, ale żyjąc w takim systemie od lat, ludzie zdążyli się przyzwyczaić. Teresa weszła do środka jako ostatnia. Wcześniej sprawdziła jeszcze skrupulatnie wszystkie piętra, pomagała ludziom schodzić, a na koniec zamknęła dokładnie wszystkie drzwi. Rozmieszczaniem mieszkańców w samym schronie zajęła się inna spontaniczna grupa, pod dowództwem Mani, która jako nauczycielka cieszyła się posłuchem. Zaryglowawszy skrzętnie ostatnie drzwi, Teresa oparła się o nie i rozejrzała. Procedura zejścia do schronu przeszła sprawnie i bez niespodzianek. Kilkoro sąsiadów podbiegło zaraportować dziewczynie, że zarówno łączność, jak i zapasy są bez zarzutu. Dziewczyna mogła nareszcie odetchnąć. Odszukała wzrokiem Manię. Ta zajęła dla nich karimatę w rogu pomieszczenia i akurat z kimś rozmawiała. Teresa ruszyła w tamtym kierunku. Przy ich posłaniu zatrzymał się mężczyzna na wózku inwalidzkim, z około dziesięcioletnią dziewczynką na kolanach. Mała zapamiętale głaskała Żabsona i o czymś opowiadała Mariannie:
– No i rozumiesz ciociu, myślę, że super byłoby być metero… meleo… meteorolożką!
– A czy ostatnio nie mówiłaś tacie i mi, że chciałabyś uprawiać len? – zdziwił się mężczyzna na wózku.
– Papo, ale to było miesiąc temu! – odparła rezolutnie dziewczynka. Dorośli roześmiali się.
– Spoko, jeszcze się znajdziesz. Ja w twoim wieku byłam święcie przekonana, że będę
programistką, a zostałam sabotażystką – Teresa podchodząc, dołączyła do rozmowy.
– Serio, ciociu? – zapytała mała.
– Bardzo serio – odrzekła ta z powagą. Mężczyzna skinął dziewczynie na powitanie, po czym ostrożnie zaczął zdejmować kota z kolan córki.
– Wiesz co, urwisie, myślę, że ciocie są bardzo zmęczone i chciałyby odpocząć. Zresztą późno jest, ty też powinnaś iść spać. Zbieramy się, co? – zwrócił się do dziewczynki. Ta niechętnie zgodziła się i zeskoczyła na ziemię. Oboje pożegnali się z Manią i Teresą, po czym zaczęli zmierzać do swoich karimat. Lub raczej pewnie kanadyjek, zarezerwowanych dla tych, którym podniesienie się wprost z ziemi zadałoby zbyt wiele trudu.– Ciocie są zmęczone? – Teresa spytała, siadając przy Mariannie i biorąc na kolana śpiącego Ryszarda.
– Ciocia Mania tylko trochę, za to ciocia Tesia mogłaby nareszcie się wyspać. Przywódczyni
Wspólnoty westchnęła ciężko, zaciągając kotarę wokół ich legowiska.
– Akurat na sen będę miała dużo czasu – mruknęła. Posłuchała się jednak Marianny i wtuliła w jej bok. Do tego momentu nie czuła nawet, jak bardzo jest zmęczona, ale ledwie przymknęła oczy, zaczęła odpływać. Coraz słabiej dochodziły do niej rozmowy, krzyki dzieci i światło LEDów. Wciśnięta między ścianę, Manię i dwa koty zasypiała już, gdy z zewnątrz dał się słyszeć pierwszy porywisty podmuch i gruchot deszczu.


Meteorolodzy i inne służby bezpieczeństwa na wyjście ze schronów pozwolili dopiero półtorej doby później. Teoretycznie huragan przeszedł znacznie szybciej, ale lepiej było zastosować profilaktykę niż liczyć ofiary. Teresa stała na progu bloku, obserwując rzekę płynącą ulicą. Według raportów, które przekazano jej dotychczas, cała osada wyglądała podobnie. Wiele piwnic całkowicie zalało, partery podeszły wodą, przejścia zamieniły się w kanały. Takich zniszczeń nie widziano tu chyba jeszcze nigdy. Niczym przerażające ryby, w dół ulicy spływały całe ogromne konary drzew, potłuczone panele słoneczne, połamane wiatraki, a pozrywane ze ścian rośliny tworzyły nietrwałe wyspy. Linie energetyczne wisiały w smutnych strzępach. Pojazdy, których nie zdążono sprzątnąć, walały się, gdzie popadnie, często w kawałkach. Liczne drzewa wyrwało razem z korzeniami, jeszcze więcej zwyczajnie
się połamało. Teresa błagała tylko, żeby żadne nie upadło na budynek lub, co gorsza, człowieka. Poczuła się strasznie naiwna, wspominając swoje myśli ze spotkania Rady. Czy naprawdę przez chwilę wierzyła, że mają tu jakąś władzę? Wiedziała przecież, każde dziecko wiedziało, że to na tym tak strasznie poślizgnęli się ludzie już raz w swojej historii. A mimo wszystko pozwoliła sobie na próżne poczucie, że zwyciężyła przyrodę. Nie mogąc dłużej patrzeć na pobojowisko, postanowiła osobiście sprawdzić, jak wygląda teraz Warszawa.


Dawno nie widziała tak czystego nieba. Wstające w oddali krwiste słońce nareszcie mogło przedrzeć się przez chmurzyska i odbić swój blask w błotnistych, gigantycznych kałużach kwaśnego deszczu na jałowej równinie, usianej obalonymi truchłami drzew. Błyszczały też istne morza stłuczonego szkła, gdzieś tam daleko, na ulicach Warszawy. Zawalone budynki nie przypominały już pudełeczek, a kopnięte przez rozzłoszczone dziecko wieże z klocków. Ale co najdziwniejsze, w niebo nie unosił się już czarny, gęsty dym. Nie miał z czego. Wszystkie kominy elektrowni zapadły się w głąb siebie. Dzień po huraganie Warszawa witała się rzucona na twarz na asfalcie. W pewnym sensie dopięli swego. To, co oni starali się osiągnąć długimi latami żmudnego sabotażu, natura, być może zirytowana już w tym momencie takim traktowaniem, załatwiła w jedną noc. Raz, było miasto, dwa, nie ma miasta. Elektrownia przestała funkcjonować. Ale nie tak to miało wyglądać. Choć Teresa wiedziała, że nie jest w najmniejszym nawet stopniu odpowiedzialna za kataklizm, odczuła
zniszczenie Warszawy jako osobistą porażkę. W miejsce zmiany systemu dostali katastrofę, która nie stanowiła żadnego kroku w przód. Właściciele koncernów wstaną, otrzepią się, a potem za marne grosze zagonią kogoś do odbudowywania tego wynaturzenia. Na myśl o tym, ile ludzi pogrzebały pod sobą prowizoryczne, przestarzałe budynki, dziewczynie zwyczajnie zebrało się na płacz. Przecież nikt z nich nie odpowiadał za fatalne decyzje swoich przodków, którzy zaniechali działania, gdy jeszcze mieli czas.
– Teresa – rozległo się wołanie tuż za jej plecami. Nie zareagowała, zbyt skupiona na
własnym szlochu.
– Teresa – drgnęła i podniosła załzawioną twarz w stronę głosu. Mimo moskitiery rozpoznała bezbłędnie, że z motocykla zsiada właśnie Rostislaw.– Wybacz, Slawa, zamyśliłam się – rzuciła nabrzmiałym od płaczu głosem. Nie odpowiedział, tylko usiadł obok niej na powalonym drzewie. Przytulił przyjaciółkę. Ta wczepiła się w ciepłe, znajome ramię.
– Nie rozumiem, dlaczego to wszystko się dzieje? Ja już naprawdę uwierzyłam, że idziemy w
dobrym kierunku. Że Wspólnota może już tylko iść do przodu. Boże, jaka głupia byłam! I teraz też, zamiast być tam i coś robić, jak ostatni tchórz zwiałam tutaj, patrzeć na to cholerne miasto. A przecież to nikomu nic nie przyniesie i… . Nie tak to miało wyglądać. Dlaczego ta idiotyczna Warszawa po prostu zniknęła z powierzchni ziemi, a ja nic z tym nawet nie mogę zrobić! – wyrzucała z siebie między spazmami.
– Ale zdajesz sobie sprawę, że nie masz obowiązku zbawienia świata, prawda? – zapytał mężczyzna. Teresa zamilkła na chwilę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Przecież nie planowała wcale nikogo zbawiać! Chyba…
– A osadę da się przecież odbudować. Co, pierwszy raz to robimy? Oczywiście, to wymaga mnóstwo wysiłku, ale niezależne życie wymaga wysiłku. Wspólnego wysiłku – dodał.
– No tak, gdybyśmy poszli na łatwiznę, leżelibyśmy teraz pod gruzami Warszawy –
westchnęła, pociągając nosem.
– Wiesz co, masz rację, Slawka. Przepraszam, musiałam na chwilę zwiać. Ale jestem gotowa
wracać! Zaczęła ocierać łzy i ewidentnie szykować się do powrotu.
– No i za co mnie przepraszasz? Każde dziecko wie, że ludzka psychika ma gdzieś granice wytrzymałości i czasem trzeba. Sami żeśmy to mieli w szkole – zaśmiał się Rostislaw.
Zajęci rozmową, usłyszeli głośny plusk dopiero, gdy zaczął się przybliżać. Wytężyli wzrok. W ich kierunku od strony miasta biegło dwoje ludzi. Z początku stanowili jedynie dwa przebijające się z trudem przez rażące czerwonym blaskiem kałuże patyczaki, ale im bliżej byli, tym więcej szczegółów dało się rozróżnić. Pierwszy biegł mężczyzna, tuż za nim kobieta. Oboje mieli spłowiałe włosy i zniszczoną słońcem skórę, podarte ubrania z jakiegoś taniego syntetyku, a przed przenoszącymi niebezpieczne choroby insektami ich nie ciał nie
chronił nawet skrawek siatki. Dyszeli ciężko, oglądali się trwożliwie za siebie, a na dwójkę sabotażystów patrzyli jak na oazę w samym środku pustyni.
– Przepraszam państwa! – krzyknął mężczyzna, zziajany. Przybysze cali drżeli, być może z zimna, może z wycieńczenia albo ze strachu, że ci, do których biegli, nie zechcą z nimi rozmawiać. Oboje zatrzymali się parę kroków przed Teresą i Slawą, po kostki brodząc w błocie.
– Przepraszam państwa – powtórzył.
– Bo myśmy tuż przed burzą znaleźli to – mówiąc to, wyciągnął w kierunku dziewczyny jakiś pomięty świstek z mielonego papieru.
– I myśmy bardzo chcieli wiedzieć… Jak coś takiego zrobić?
Teresa rozwinęła niepewnie karteczkę, wymieniając się spojrzeniem z Rostislawem. Sytuacja była co najmniej dziwna, ale po ostatnich wydarzeniach już nic nie mogło wprawić ich w osłupienie. Niemniej zaintrygowało ją, czego chcą od nich warszawiacy. Prędko jednak
zrozumiała. Na wymiętym papierze znajdował się jeden z komiksów licealistów. Ten o tworzeniu Wspólnoty.


CC-BY-SA Małgi Kowalska 2020

Podziękowania dla Olafa Klimka za pomoc w obróbce kolorów ilustracji

“Tylko Kropla” – Kamila Szymańska

Prezentujemy pracę laureatki drugiego miejsca Pierwszej Edycji Konkursu Optymistycznej Fikcji Klimatycznej, Kamili Szymańskiej!


Tylko Kropla

Kap kap.

Kap.

Plusk.

Kolejny dzień, kiedy budzi mnie tramwaj wodny. Nigdy nie mam mu tego za złe. Kolejny piękny dzień. Wstaję z łóżka, bosymi stopami przechodząc po parkiecie z imitacji drewna, a potem miękkim dywaniku z imitacji owczej skóry. Może i to obłuda, te wszystkie powtórzenia i próby rekonstrukcji, ale czy nie żyjemy w obłudzie od zawsze? Ta jest tylko trochę inna, trochę bardziej dosłowna. Kiedyś obłudą było światło słońca, ciepłe i jasne, ale coraz cieplejsze, w swojej życiodajności coraz bardziej zabójcze. Teraz jest inaczej, mogę rozkoszować się jego promieniami na twarzy i czuć chłód poranka, mogę oddychać powietrzem, które nie jest duszne, a orzeźwiająco chłodne, jak ta woda. Woda która przepływa pod moim oknem, po której płynie ten tramwaj, cud techniki. Wyglądam przez szybę, krople błyszczą na karoserii, słońce się w nich odbija i odbija się w błękicie wody, woda odbija błękit nieba, po którym suną obłoki. Pojazd dwupiętrowy, na górnym piętrze siedzi kilka osób, rozmawiają ze sobą, ktoś się śmieje, ktoś siedzi w milczeniu w drodze do pracy, ktoś popija kawę z jednego z popularnych ostatnio kubków z łuski ryżowej, ktoś patrzy na mijane wieżowce, podobne do tego, z którego sam wyglądam, wszystkie w stylu modernistycznym, z wieloma oknami wpuszczającymi do wnętrz światło, regularnie czyszczonymi przez Służby ds. Utrzymania Czystości, z roślinami spływającymi i pnącymi się po kolejnych piętrach, które z kolei pielęgnowane są przez mieszkańców oraz heroiczne zastępy ogrodników i ogrodniczek. Wyciągam rękę i gładzę jeden z liści, który opiera się o ramę okna. Na górnym piętrze tramwaju jest jeszcze jedna postać, którą zauważam, nim odpłynie w dalszą drogę – staruszka, niskai szczupła, która rozgląda się wokół niczym dziecko, jakby widziała to wszystko, to miasto, pierwszy raz w życiu, jakby nie mogła wyjść z zachwytu. Od jej długich, soczyście siwych włosów odbija się światło i błądzi gdzieś po pagórkach i dolinach ich pasm splecionych w warkocz. Mam ochotę zapytać się jej, dokąd płynie, jeśli do pracy, to chcę, by porzuciła tę pracę, to ja chcę ją zatrudnić, zatrudnić ją jako osobistą przewodniczkę, by pokazała mi świat tak pięknym, jakim ona go widzi. Nagle podnosi twarz, drobną, pomarszczoną, ale nie jak u osoby doświadczonej życiem, lecz jak u dziecka, u noworodka któremu wody płodowe rozmiękczyły skórę, a już niedługo wyprostuje się ona i wygładzi. Ma szeroko otwarte oczy, których ciemnobrązowy kolor dostrzegam nawet z wysoka, patrzę w ich głębię i daję się jej pochłonąć, zanurzyć w czerń źrenicy, chcę odkryć co w nich chowa. Mrużą się, kiedy kobieta uśmiecha się do mnie i znikają, kiedy tramwaj odpływa. Mrugam zdziwiony, kiedy mój wzrok traci bodziec, zostaje porzucony gdzieś na drobnych falach pokrywających wodny trakt.

Dawniej ludzie zakochiwali się w Wenecji, pobrużdżonej brudnymi kanałami ze śmierdzącą i zanieczyszczoną wodą, zakochiwali się tylko dlatego, bo mogli być z nią tak blisko, mogli pływać gondolami, może coś im przypominała, może podświadomie widzieli w niej płynący czas, krąg trwającego wciąż, umierającego i odradzającego się życia, może przypominała im o podwodnym rozwoju w łonie matki, a może po prostu to był ich niemy krzyk, chęć powrotu do korzeni istnienia, chęć bycia niedaleko wodopoju w śmiercionośnym słońcu pustyni. Teraz jest inaczej, ta woda jest inna, wciąż filtrowana, czyszczona, napędzająca większe i mniejsze elektrownie wodne, piętrząca się, łącząca ze sobą i znów rozlewająca się w mniejsze rzeki, mniejsze strumienie, nawilżająca powietrze, oddająca się w formie pary otulającym budynki roślinom, umożliwiająca sprawny transport. Woda tańczy ze słońcem, którego energia zbierana jest we wszechobecnych panelach słonecznych, a wiatr wzburza ją, nadając tekstury, wprawia w ruch również znajdujące się między większymi aglomeracjami wiatraki. Wydawałoby się niesłuszne tak wyzyskiwać żywioły, tak nadszarpywać i zagarniać siły przyrody, a jednak to dawno przestało być rywalizacją – kiedyś tak było, ta nieumiejętność we współpracy z nią, ta niechęć ludzi do wejścia w symbiozę sprawiła, że prawie wszystko zniszczyliśmy, prawie zaprzepaściliśmy ten przedwieczny wysiłek, który wszechświat, Matka Natura, Los czy może jakieś bóstwo podjęło, by zaistniało tu życie. Nie było to co prawda łatwe, wymagało wiele pracy i poświęceń i wciąż tyle wymaga, wymaga tego od wielu ludzi, poczynając od naukowców i inżynierów, którzy nieprzerwanie pracują nad zapewnieniem jak największego bezpieczeństwa w związku z wykorzystaniem energii atomowej oraz innowacjami w życiu codziennym, a kończąc na zwyczajnych, szarych ludziach, dla których tak, wydawałoby się, błahe mycie szyb budynków mieszkalnych czy czyszczenie ulic są jedynym czynnikiem, który ochrania ich od skończenia na jednej z nich. Jednak nawet świat dążący do pełnej równowagi, świat dążący do ideału, nie sprawi, że będą na nim żyć idealni ludzie. Nawet teraz, idąc do pracy, mijam jeden z licznych, szczególnie ostatnio, protestów. Grupa ludzi w archaicznych ubraniach z poliestru oraz bawełny z dawnych, niezreformowanych upraw chodzi po połaci trawy okraszonej wiosennymi kwiatami, depcze je swoimi kaloszami jak również innymi rodzajami obuwia, krzyczy, skanduje. Twarze mają umazane na wzór górników ze zburzonych dawno kopalni, niosą transparenty głoszące konieczność powrotu do dawnych źródeł energii, do dawnej kultury, wskazujące na brutalne odarcie z budowanych przez wiele pokoleń tradycji. Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią przyjąć zmian, dawne dzieje żyją w nich przekazane przez rodziców, dziadków, opowiadane niczym baśnie. Nie chcą pogodzić się z kontrolą, lecz tylko ona pozwala utrzymać ten świat
w ryzach, tylko zgoda większości na nałożenie samym sobie ograniczeń sprawiła, że ludzkości nie zniszczyły jej własne, egoistyczne i krótkowzroczne działania. Członkowie Służby Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego krążą spokojnie dookoła, wchodzą w dyskusje z organizatorami manifestacji i podejmują próby rozproszenia jej. Dzięki wielu reformom edukacji oraz staraniom, by była jak najwyższej jakości, takie sytuacje mogą w dużej mierze odbywać się bez użycia środków przymusu bezpośredniego, a więc ludzie, którzy tak jak ja zmierzają w jakieś miejsce, a może po prostu krążą tutaj bez większego celu, nie zatrzymują się nawet w poszukiwaniu sensacji. Ja również idę dalej.

Ocean błyszczy błękitem, otacza mnie i otula, przygniata swoim ciężarem. Ryby przepływają dookoła mnie niewzruszone, jakbym był jedną z nich, nie rozpiechrzają się, lecz akceptują to dziwne, wpółmorskie stworzenie opakowane w osprzęt niezbędny mu do przetrwania bez tlenu i stałego podłoża, do których to warunków zostało stworzone. Dopływam już do rafy koralowej – z daleka zachęca mnie swoimi jaskrawymi kolorami, niczym kwiaty, które kuszą owady zapylające, pręży się i prezentuje swoje wdzięki, zapewniając mnie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Muszę się jednak upewnić, to moje zadanie, wpływam w wielobarwny las koralowców, staje się jednym z gatunków żyjących w jej towarzystwie, omamia mnie i sprawia, że chciałbym osiąść obok, by woda pokryła mnie piaskiem i sam stałbym się jej częścią. Nie mogę tego jednak zrobić, muszę ją przebadać, sprawdzić, dokładnie zdiagnozować, jej życie leży w moich rękach, jestem lekarzem, a moja pacjentka ma kilka dni, tygodni, miesięcy, lat, setki lat, tysiące lat. Narzędzia kontrolne
i pomiarowe wskazują poprawne wyniki, próbki biologiczne tkwią już przypasane przy moim boku, to prawie koniec dnia pracy. Nagle coś dziwnego, coś co przykuło moją uwagę, ryba pokryta cętkami powoli przemieszcza się po dnie, opierając się na płetwach niczym odnóżach. Podpływam bliżej, przyglądam się lepiej, dokładniej, ale nie, to niemożliwe, tego gatunku nie ma od setek lat, ona nie ma prawa istnieć. Może zbyt długo byłem już pod wodą, może kończy mi się tlen, może to jakieś zwidy. Wyjmuję aparat, robię jej zdjęcia, zbliżenia, dużo zdjęć, wyjmuję urządzenie do nieinwazyjnego poboru materiału genetycznego, zbliżam je do niej, tak, udało się, a ona człapie dalej. Płynę do brzegu.

Laboratorium potwierdza moje przypuszczenia – to Sympterichthys unipennis, uznana za wymarłą w 2020 roku. Na niespotykanej dla niej szerokości geograficznej oraz głębokości pod poziomem morza został odkryty wymarły gatunek. Kolejne potwierdzenie, potwierdzenie, że wszystko jest możliwe, że świat potrzebuje zmian, że potrafimy zmienić świat.

Kap kap.

Kap.

Kto w końcu naprawi ten cholerny kran? No tak, sam muszę to zrobić, sam w końcu muszę wezwać hydraulika, ale na razie mi się nie chce, czym jest te kilka kropel, oprócz tylko powodem mojej narastającej irytacji i przykrej pobudki. Wstaję, odsuwam zasłony, otwieram okno, by zalał mnie szum ulicy i by zalało mnie światło, szarawe, ni to poranne, ni popołudniowe, i tak już jestem zmęczony, wszystko jedno. Jest wiosna, a ja tak dawno nie widziałem słońca, zresztą ostatnio nie było ku temu nawet sposobności z powodu pożarów trawiących pobliskie lasy. Zaciągam się zapachem spalin i dymu, kaszlę w pięść gdy powietrze drapie mnie w gardle. Patrzę na samochody, na tę rzekę samochodów, wciąż jadących do przodu, w nich ludzie wciąż dokądś pędzący, ciekawe dokąd jadą, pewnie do pracy. Są trochę brudne, mało komu chce się dzisiaj jeździć do myjni, a tym bardziej myć samemu, preferowane są białe, srebrne, czarne, ale czasem dostrzegę klasyczną, przykurzoną co prawda, czerwień, zgniłą zieleń, nawet granat, przypominający mi o wieczornym niebie, kiedy jeszcze patrzyłem na gwiazdy. Wtem jakiś ruch, dziwny, bo wolniejszy, jakby ułomny, urwany w pół. To jakaś postać, postać stojąca na pasie zieleni, który dzieli jezdnie, pasie zieleni z bladą, rosnącą plackami trawą i drzewami, jeszcze nieulistnionymi, które wyciągają drewniane kikuty ku zachmurzonemu niebu, jakby zdesperowani ludzie wznoszący modły. Drobna, skulona, przygięta do ziemi staruszka przechadza się między nimi z resztką brudnej wody w szklanej butelce i podlewa po trochu, byleby starczyło, byleby miały i rosły, i nie spłonęły jak tyle innych. Po plecach spływa jej gruby, siwy warkocz. Wtedy jakieś słowa, słowa zupełnie sprzeczne z logiką, dziwne, jakby niewłasne, formułują się w myśl. To ona, to właśnie ona, ja ją znam. Ta kobieta to przyszłość. To nadzieja.


CC-BY-SA Kamila Szymańska 2020

“Najlepszy Świat” – Agata Misiak

Prezentujemy pracę laureatki trzeciego miejsca Pierwszej Edycji Konkursu Optymistycznej Fikcji Klimatycznej, Agaty Misiak!


Najlepszy Świat

Jeśli jest droga do lepszej przyszłości,
to zaczyna się ona od spojrzenia na najgorsze.”
Thomas Hardy

Dyskretnie pociągnęłam usta błyszczykiem i w towarzystwie nauczyciela weszłam do dużej sali gimnastycznej. Gwar rozmów odbijał się echem od ścian. Podeszliśmy do stolika, na którym leżał mikrofon. Setki par oczu zwróciło się w moją stronę. Nie lubię wystąpień publicznych, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Szczególnie jak ma się cel. Ja miałam.

– Moi drodzy! – zaczął entuzjastycznie nauczyciel, spoglądając na mnie z podziwem. – Chciałem wam przedstawić panią doktor Melanię Sosnowską z Polskiej Akademii Nauk, która zgodziła się z nami spotkać w ramach „Piątków dla klimatu”. Pani doktor jest wybitną specjalistką w dziedzinie zmian klimatycznych i klimatu.

Pomyślałam smutno, że ta prezentacja powinna być uzupełniona o kilka informacji: że pani doktor to także monotematyczny świr, diagnozowany psychiatrycznie w kierunku schizofrenii, mający urojenia i omamy o wciąż niezbadanym podłożu i żeby się nie martwili, bo nie stanowi zagrożenia dla otoczenia. To była gorzka prawda, ale może lepiej głośno o tym nie mówić. Poza tym miałam wielką nadzieję, że z tego niedługo wyjdę. Leki póki co działały. TO już się przecież dawno nie zdarzyło.

Wzięłam do ręki mikrofon i rozejrzałam się po sali. Większość uczniów wydawała się zadowolona. W sumie trudno się dziwić. Lepiej siedzieć tutaj niż na nudnej lekcji. Tak samo jak lepiej pójść na strajk klimatyczny, żeby zerwać się ze szkoły i jeszcze do tego dostać szóstkę za aktywność. A ja tak bym chciała, żeby to miało głębszy sens! Żeby zrozumieli!

Sympatyczny nauczyciel zapewniał mnie chwilę wcześniej, że w tym topowym warszawskim liceum młodzież jest wyjątkowo zaangażowana w sprawy klimatu, ale patrząc na pierwsze rzędy, już miałam wątpliwości. Dziewczyna w kusym białym sweterku kokieteryjnie nawijała pukiel blond loków na palec. Obok siedział wpatrzony w nią koleś w okularach, który z pewnością bardziej był zainteresowany tajemnicami białego sweterka niż zmian klimatycznych. Ktoś żuł gumę, ktoś ze słuchawkami w uszach lekko kołysał się rytmicznie. Kilka osób jak w transie stukało w ekran smartfona, nie reagując na otoczenie. Ot, wypisz, wymaluj kwiat polskiej młodzieży. Może jednak jakimś cudem uda mi się ich zainteresować. Może poruszę czyjąś czułą strunę. Może komuś otworzę oczy, przemówię do rozumu. Może akurat w tej szkole spotkam takich fanatyków jak ja. Może…

Grunt to mocne wejście. Przekonałam się o tym wiele razy. Trzeba uderzyć w łeb, żeby pojawiły się gwiazdy zainteresowania. Odetchnęłam głęboko.

– Czy ktoś z was wyobrażał sobie siebie za czterdzieści lat? – zaczęłam, a kilka osób spojrzało na mnie ze zdziwieniem. Chyba nie takiego wstępu się spodziewali.

– Nie? W sumie to dobrze, bo za czterdzieści lat większość z was nie będzie już żyć, więc po co sobie wyobrażać coś, czego nie będzie. Część dostanie udaru z powodu fali upałów. Część umrze z pragnienia lub głodu. Pozostali zostaną zabici w konfliktach i wojnach o dostęp do zasobów.

Po sali przeszedł szmer. OK, jest dobrze. Jakiś cień zainteresowania. Kułam żelazo póki gorące:

– Wizja apokaliptyczna? Tak odległa, że nierealna? Waszego pokolenia nie dotyczy? Otóż nie, kochani. Świat bez lodowców, wiecznej zmarzliny, za to z cieplejszym o kilka stopni klimatem, hiperkanami, huraganami, suszami, powodziami, pożarami i innymi kataklizmami, których być może jeszcze dzisiaj ludzkość nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jest na wyciągnięcie ręki. Czy na pewno tego chcecie? Wszyscy dotarliśmy na rozdroże, a droga, którą teraz wybierzemy zdeterminuje nie tylko nasze dalsze losy, ale życie całej cywilizacji. Już od 1986 r. ludzkość wykorzystuje znacznie więcej zasobów niż planeta może odtworzyć. Wszechobecny konsumpcjonizm sprawia, że celem życia staje się krótkoterminowa wygoda i bieżące korzyści materialne. Żyjemy dzięki naturze, a codziennie wyszarpujemy jej zasoby. Z pełną świadomością podcinamy drzewo, na którym siedzimy, bo nasz świat bardzo nie lubi ograniczać swoich potrzeb. Zobaczcie sami.

Włączyłam wcześniej przygotowany film o konsekwencjach zmian klimatycznych i usiadłam na krześle w pierwszym rzędzie obok dziewczyny w białym sweterku. Zadowolenie, które poczułam po wygłoszeniu wstępu, szybko ulotniło się. Jeden rzut oka na parę siedzącą obok odebrał mi nadzieję, że cokolwiek do nich trafia. Blondynka uśmiechała się uwodzicielsko, a chłopak w okularach spoglądał jej głęboko w oczy. Ja tu się produkuję o zagładzie ludzkości, a Romeo i Julia mają to tam, gdzie – metaforycznie rzecz ujmując – plecy kończą swą szlachetną nazwę. Zacisnęłam pięści ze złości. Dobra, spokojnie. To tylko wykład. Jeden z wielu. Nie mogę dać się ponieść nerwom. Jednak z każdym spojrzeniem w bok ciśnienie rosło mi coraz bardziej.

Nagle TO poczułam. Zaczęło się jak zawsze. Delikatne mrowienie w opuszkach palców rozchodzące się po całym ciele niczym pełzający płomień. Narastające uczucie paniki, kompletnego paraliżu, pustki w głowie. Niemy krzyk. Walka o oddech. Wiedziałam, że nie mogę dopuścić do ataku. Nie teraz. Nie w czasie wykładu. Boże, proszę! Za późno. Zaczęłam tracić świadomość. W ostatniej sekundzie złapałam kurczowo za ramię siedzącą obok dziewczynę w białym sweterku jakby to była ostatnia deska ratunku, łącznik z prawdziwym światem. Kątem oka dostrzegłam jeszcze, jak niemal w tej samej chwili chłopak w okularach kładzie jej rękę na kolanie. I odpłynęłam.


Leżałam spokojnie. Nie musiałam otwierać oczu. Wiedziałam, co zobaczę. To był mój ósmy raz. Byłam już doświadczona. Każdy atak choroby przypominał poprzedni. Zawsze budziłam się w tym samym miejscu. Na początku próbowałam tłumaczyć lekarzom, co widzę, co się ze mną dzieje w TYCH chwilach. Udawali, że słuchają, kiwali ze zrozumieniem głowami, a potem przepisywali kolejne proszki i proponowali zwolnienie lekarskie. W jednym byli zgodni – że to nie jest normalne. Takich rozmów odbyłam dziesiątki. Jeździłam do specjalistów w całym kraju. W końcu zrezygnowałam. Zaakceptowałam, że jestem ciężkim przypadkiem czubka, którego nikt nie potrafi zdiagnozować. Bo niby normalna baba, inteligentna, zadbana, potrafiąca nawiązywać relacje, a z drugiej strony wygaduje takie bzdury! Tłumaczyli mi, że momenty, w których TO się dzieje mają swoje źródło jedynie w dysfunkcjach mojego mózgu. A to wszystko jest projekcją chorej głowy. Moja przyjaciółka twierdziła, że to wina moich obsesyjnych zainteresowań zmianami klimatu, że od tego ześwirowałam. Tłumaczyła mi kilka razy na tydzień, że czas ułożyć sobie życie osobiste, bo z klimatem dzieci mieć się nie da. Myliła się. To znaczy nie w kwestii dzieci oczywiście, tylko przyczyny mojego zachowania. To nie moje zainteresowania pchnęły mnie do szaleństwa. To szaleństwo sprawiło, że zainteresowałam się klimatem.

Pierwszy raz TO zdarzyło się na studiach. Wtedy rzuciłam architekturę i przeniosłam się na Wydział Geografii i Studiów Regionalnych na UW. Potem były studia doktoranckie, praca naukowa, staże w Komisji Europejskiej i na zagranicznych uczelniach. Czułam, że muszę zająć się na poważnie ochroną klimatu, że to moja życiowa misja. Stałam się prawdziwą aktywistką, zanim jeszcze temat klimatu stał się modny. Wszystkie kolejne ataki choroby traktowałam jak sygnał, że jestem na dobrej drodze i dalej mam działać. Nawet jeśli dojdę do ściany, to muszę tak długo walić głową, aż ją przebiję.

Tak rozmyślałam, aż nagle uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Otworzyłam oczy. Ciemna nora bez okien. Lampa solarna dająca słabe światło. Ulga. Miejsce to samo co zawsze. Zdałam sobie sprawę, że kurczowo coś ściskam w ręku. Obróciłam głowę i w mroku zamajaczył mi biały sweterek. Sekundę później jego właścicielka zaczęła drzeć się wniebogłosy. Momentalnie otrzeźwiałam.

– Cholera jasna, co ty tutaj robisz??? – próbowałam przekrzyczeć jej piski. W głowie kotłowało mi się tysiąc myśli. Ona nie miała prawa się tu znaleźć! Zawsze byłam sama! Jak to możliwe? Czy choroba się rozwija? Jeszcze nie zdążyłam sobie odpowiedzieć na żadne z tych pytań, gdy usłyszałam męski głos.

– Proszę pani, co się dzieje?

Wstałam gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie. Romeo siedział na podłodze metr ode mnie. Zaniemówiłam. Byłam wściekła. Na nich i na siebie. Jak tu się znaleźli? Jak to się mogło stać? Nagle przypomniałam sobie, że tam w sali gimnastycznej w ostatniej chwili złapałam dziewczynę za ramię, a chłopak dotykał jej kolana. Czy to możliwe, że przez to przenieśliśmy się tu wszyscy razem? Czy ja jestem jakimś cholernym medium? Nie, to niemożliwe. To muszą być kolejne wytwory mojej chorej wyobraźni. Schizofrenia level wyżej. Może jednak powinnam pójść na to zwolnienie lekarskie.

– To tylko wytwory mojej chorej wyobraźni – upewniłam się na głos. Niestety wytwory mojej wyobraźni wykazały niesubordynację. Wymykały się mojej świadomości i nadal natarczywie pytały:

– Proszę pani, wszystko w porządku? Gdzie my jesteśmy? Milczałam. Czułam pustkę w głowie. Jedyna nadzieja, że po powrocie nie będą niczego pamiętać. Zwykle TO trwało kilkanaście minut. Zaczęłam odliczać czas. Wrzaski białego sweterka ucichły. Teraz cicho chlipała, trzęsąc się ze strachu.

– Proszę pani? Wszystko w porządku? – chłopak po raz trzeci zwrócił się do mnie. Zaczynał mnie irytować. Przełknęłam ślinę i wypaliłam z szybkością karabinu maszynowego:

– Nic nie jest w porządku! Nie pytaj mnie, co się stało, nie pytaj, jak i dlaczego. Na te pytania szukało odpowiedzi kilkunastu psychiatrów i żaden nie znalazł. Ale nie martw się, to nie trwa długo. Zaraz wrócisz do szkoły i mam cholerną nadzieję, że o niczym nie będziesz pamiętać.

– A…, ale …, gdzie my w ogóle jesteśmy? – wydukał przestraszony, a ja poczułam wyrzuty sumienia, że tak ostro go potraktowałam.

– Jest rok 2127. Jesteśmy kilkadziesiąt, może kilkaset metrów pod ziemią w czymś w rodzaju hotelu. Skąd wiem? Bo byłam tu już siedem razy. Za każdym razem w tym samym miejscu i w tym samym czasie – wyjaśniłam już ciszej. Cała spięłam się, czekając na krzyk, płacz i lament, ale nawet biały sweterek nie pisnął. Najwyraźniej zatkało ich.

– Co??? OMG! Serio??? Wow! – zaczęli się nagle przekrzykiwać.

– Ma pani jakieś dowody?

– Dowód masz na ścianie. Włącz rzutnik – poleciłam mu, wskazując głową pilota na stoliku.

Wiedziałam, że w każdej chwili możemy wrócić do sali gimnastycznej, więc było mi już wszystko jedno. Chłopak wcisnął przycisk i na ścianie pojawił się trójwymiarowy obraz. Wyświetliły się informacje nadawane tutaj całą dobę: temperatura i wilgotność powietrza, stężenie gazów cieplarnianych w powietrzu: dwutlenku węgla, metanu, podtlenku azotu, stężenie siarkowodoru, prawdopodobieństwo opadów nawalnych, pożaru, burzy, cyklonu, huraganu i innych „atrakcji”. Choć te liczby widziałam już wiele razy, cały czas przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Moi towarzysze też nie pozostali obojętni.

– Niewiarygodne! Zobaczcie na te poziomy stężenia! Przecież podtlenek azotu jest niemal trzysta razy bardziej szkodliwy dla klimatu niż dwutlenek węgla! Pozostaje w atmosferze sto dwadzieścia lat! Jak mogą żyć z takim powietrzem? Kto dopuścił do tego? Pytanie retoryczne, chłopie. Nagle wskaźniki ustąpiły miejsca mapie pogodowej.

– Ale to nie jest chyba mapa Polski? – dziewczyna zapytała z niedowierzaniem w głosie.

– Niestety to Polska. Nie wpatruj się tak – nie zobaczysz Gdańska, Gdyni, Sopotu. Cały pas nadmorski został pochłonięty przez Bałtyk. Tutaj już nikt nie pojedzie na wczasy do Juraty. A granica na wschodzie przesunęła się w wyniku wojen i konfliktów o zasoby spowodowanych zmianami klimatu – wyjaśniłam beznamiętnie. Jakby na potwierdzenie moich słów na ekranie ukazały się sceny walki. Wychudzone ludzkie twarze, wykrzywione w grymasie złości i nienawiści. A może głodu i pragnienia? Młodzi patrzyli zafascynowani. Jakby oglądali film sensacyjny, a nie wiadomości ze świata.

– To niemożliwe, żeby poziom mórz aż tak bardzo się podniósł przez sto lat – stwierdził nagle chłopak.

– Przecież szacujemy, że przy obecnych trendach i szybkiej redukcji gazów cieplarnianych średnia temperatura globalna wzrośnie średnio o 2°C do końca stulecia. Taki poziom mórz jak tutaj byłby możliwy tylko przy scenariuszu najwyższych rozpatrywanych przez IPCC emisji RCP8.5! Spojrzałam na niego z uznaniem. No nie, czyżby Romeo okazał się Einsteinem? Nieźle.

– I jaki z tego wniosek, Einsteinie? – zapytałam zgryźliwie.

– Że ludzie nie ograniczyli emisji? – zasugerował nieśmiało.

– Bingo! Siedzimy w ciemnej norze kilkadziesiąt metrów pod ziemią, bo na powierzchni trudno jest żyć w takich temperaturach. Prąd stał się dobrem luksusowym, a podstawowym źródłem światła są ekologiczne lampy solarne LED.

– Była pani kiedyś na powierzchni? – zapytała nagle dziewczyna. Pokręciłam przecząco głową. – No to skąd pani wie? Może tutaj jest jak w „Seksmisji” – propaganda na ekranie, a na powierzchni wspaniały, piękny świat? – spojrzała na mnie pytająco.

W sumie nigdy o tym nie pomyślałam. Ale szybko usprawiedliwiłam się. Mój pobyt tutaj zawsze trwał tak krótko, że nie miałam nawet okazji na eksplorację.

– To siedzenie w ciemności jest strasznie depresyjne. Wyjdźmy na powierzchnię! To jedyna taka okazja! – wykrzyknął nagle chłopak, a dziewczyna mu zawtórowała. Nie czekając na moje zdanie, wyszli z pokoju na korytarz. Czułam się za nich odpowiedzialna. W końcu ja ich tu sprowadziłam. Chcąc nie chcąc, pobiegłam za nimi, błagając w myślach, aby ten koszmar skończył się jak najszybciej.

– Zaczekajcie! Przecież nie wiecie, gdzie iść! – krzyknęłam ze złością. Odwrócili się. Wskazałam głową drugi koniec korytarza. Posłusznie poszli za mną. Jednak jeszcze miałam jakiś autorytet. Doszliśmy do czegoś w rodzaju recepcji. Za ladą stała, tak jak ostatnio, wychudzona dziewczyna w szarym uniformie z włosami upiętymi w kok.

– Ale cringowy kostiumik! – szepnęła mi na ucho moja blond towarzyszka.

Tutaj wszyscy nosili podobne ubrania z ekotkaniny konopnej. Moda zeszła na drugi plan. Pomyślałam z żalem, że szkoda. Ludzie tak późno się zorientowali, że uprawa konopi zużywa niemal siedemdziesiąt procent mniej wody niż uprawa bawełny, wpływa korzystnie na żyzność gleby i jest dużo bardziej wydajna. Mądry Polak po szkodzie. Recepcjonistka obrzuciła nasze mało ekologiczne ubrania zdziwionym spojrzeniem, zatrzymując na dłużej wzrok na białym sweterku z angory. Ten sweterek zdecydowanie przyciągał.

– Witam w Groundhotelu Fifth Avenue – powiedziała uprzejmie po chwili.

– Jeśli chodzi o wycieczkę do Enklawy, to zbiórka jest za dziesięć minut. Trzeba szybko wyruszyć, bo prognozy nie są optymistyczne. Zostało niewiele czasu. Przewodnik już czeka. Tutaj macie hydrohumidit-24Hmax-1. Po czym wcisnęła nam do ręki okrągłe kapsułki. Spojrzeliśmy na siebie zdezorientowani. Chłopak i dziewczyna najwyraźniej czekali, aż coś powiem. Przecież już tu byłaś – czytałam w ich spojrzeniach. Tak, ale do tej pory nikt nie proponował mi wycieczki ani nie kazał łykać tabletek!

– Mhmmm….. Co to za tabletki? – zapytałam niepewnie.

– Hydrohumidit-24Hmax-1. Uwzględnia najnowsze wyniki badań laboratoryjnych – wyjaśniła cierpliwie recepcjonistka.

– Może tam, gdzie mieszkacie stosuje się starszą wersję? Zapewniam, że działanie jest bardzo podobne. Woda wolniej jest wchłaniana przez organizm, zmniejsza się jej wydalanie i dzięki temu można dłużej wytrzymać bez płynów. Przy tej temperaturze na powierzchni to MUST HAVE.

– A może coś do popicia? – zasugerował chłopak, wkładając tabletkę do ust. Najwyraźniej mój Krzysztof Kolumb był już gotowy na odkrywanie nowych lądów. To pokolenie chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.

– Przykro mi. Od tego miesiąca obowiązują nowe limity wody pitnej. Dotyczą również przyjezdnych. Limit na pokój został już dzisiaj wyczerpany. Recepcjonistka spojrzała na nas wymownie. Najwyraźniej miała dość namolnych turystów.

– A gdzie mogę podładować telefon? – zapytała dziewczyna w białym sweterku. Recepcjonistka westchnęła zrezygnowana.

– Po ostatniej awarii elektrowni, prąd dla celów prywatnych jest dostępny tylko w określonych godzinach.

– I zgaduję, że te godziny już minęły? – zapytała zaczepnie blondynka.

– Oczywiście – recepcjonistka uśmiechnęła się słodko. Szybko spuściła głowę, ale zdążyłam jeszcze dostrzec w jej oczach błysk satysfakcji. Wyjaśniła nam szybko, gdzie jest miejsce zbiórki na wycieczkę.

– Mam nadzieję, że zapoznaliście się z możliwymi zagrożeniami i podpisaliście wymagane zgody. Uważajcie na uchodźców klimatycznych. Koczują już niemal wszędzie. Ostatnio stali się bardzo agresywni, bo ze względu na suszę głodują od wielu miesięcy. Śmiertelność rośnie z dnia na dzień. Nie wiem, dlaczego rząd nic z tym nie robi. Pewnie liczy, że wybije ich jakaś zaraza, tak jak ostatnio malaria – dodała, po czym szybko zmieniła temat, jakby zawstydzona tym, co powiedziała.

– Tu macie środki owadobójcze. W porze suchej insektów jest naprawdę dużo. Tylko karaluchy, komary, pluskwy i wszy dobrze rozwijają się w naszych czasach.

Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko i przestałam już nawet myśleć o tym, kiedy powrócimy do naszego świata. Dałam się wciągnąć. Wydostaliśmy się na powierzchnię za pomocą superszybkiej windy. Uderzył w nas niewiarygodny żar. Powietrze parzyło w drogach oddechowych, a słońce, pomimo smogu, oślepiało tak, że łzy same leciały z oczu. Podjechał elektryczny autobus i razem z niewielką grupą ludzi zajęliśmy miejsca. Jeden rzut oka wystarczył, żeby się zorientować, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na wycieczkę. Inni uczestnicy wyprawy uzbrojeni w okrycia głowy, długie rękawy, okulary przeciwsłoneczne i małe przenośne aparaty tlenowe, patrzyli na nas jak na wariatów. Pod ich spojrzeniami plamy potu na mojej garsonce robiły się jeszcze większe. Hydro-coś tam jakoś nie bardzo na mnie działało. Oczywiście o klimatyzacji nie było mowy. Rzut oka na biały sweterek i zrozumiałam, że są tacy, którzy mają gorzej. Meszki i komary obsiadły nas niemal natychmiast. Gdyby nie środki, które dostaliśmy w recepcji, pewnie zjadłyby nas żywcem. Szybko jednak przestałam się tym przejmować. Z niedowierzaniem patrzyłam na krajobraz za oknem autobusu, krajobraz księżycowy. Popękana ziemia przypominała blizny. Droga przecinała resztki wypalonych lasów. Popielatoszare pnie martwych drzew wyrastały z ziemi niczym krzyże na cmentarzysku klimatu, wskazując oskarżycielsko na słońce. Gdy przejeżdżaliśmy przez jakieś miasto, zdążyłam tylko dostrzec zniszczone domy, bez dachów, drzwi. Stały niczym przerażający pomnik okrucieństwa pogody. W miejscach, gdzie wichura okazała się łaskawsza można było zobaczyć baterie słoneczne – podstawowe źródło energii, cudem ocalałe z ostatniego huraganu. Poczułam smród ścieków, które spiekając się w południowym słońcu, wsączały się w każdą szczelinę ulic. W połączeniu z zawiesistym powietrzem to była mieszanka zabójcza dla moich płuc. Nagle do okien autobusu dopadła grupa ludzi. Byli przerażający. Od razu skojarzyłam ich wygląd z pokazywanymi w mediach zdjęciami wygłodzonych mieszkańców Afryki, z tym, że ci byli biali. Wklęsłe policzki, długie i chude kończyny, wydęte brzuchy. Ich wielkie oczy mówiły, że mogą zabić za kawałek chleba lub kubek wody. Głód i ubóstwo dotarły teraz też tutaj, do Europy. Tak bardzo było mi ich żal! Jeśli na początku XXI wieku na świecie umiera dziennie z głodu dwadzieści tysięcy ludzi, to ile musi umierać tutaj?

– To uchodźcy klimatyczni z południa. Proszę nie zwracać na nich uwagi. Jak szybko przejedziemy. nie powinni nam zrobić krzywdy – wyjaśnił bez cienia emocji przewodnik, po czym ciągnął dalej.

– Opowiem teraz o celu naszej wycieczki. Będą państwo mieli niepowtarzalną okazję, aby zobaczyć, jak żyją najbogatsi. Enklawa to jedyne miejsce w Polsce, gdzie nie obowiązują limity. Ludzie, którzy tam żyją, płacą grube miliony, aby mieć na co dzień dostęp do wody pitnej i energii. Teren został ogrodzony i zabezpieczony w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko zniszczeń na skutek burz, huraganów, wiatrów i słońca. Zapewniam, że tak wspaniałego świata jeszcze państwo nigdy nie widzieli. Wycieczka musi trzymać się wytyczonej trasy. Proszę się nie rozchodzić i zwiedzać w grupie, bo grożą surowe kary za zakłócanie porządku. Spojrzał z niepokojem na wyświetlacz swojego zegarka.

– Mamy mało czasu. Warunki pogodowe mogą zmienić się w każdej chwili. Mam nadzieję, że zdążymy. Na mój sygnał wszyscy będą musieli opuścić Enklawę i udać się do najbliższego schronu. Słuchałam go jednym uchem, bo właśnie dotarliśmy do celu. Enklawa znajdowała się w szczerym polu, kilka kilometrów od najbliższego miasta. Wjechaliśmy przez wielką bramę. Autobus zaparkował. Ubranie kleiło mi się od potu. Z trudem łapałam powietrze. Wysiadałam i… poczułam ulgę. Tutaj naprawdę lepiej się oddychało. Rozejrzałam się z ciekawością. Nastawiałam się na niesamowity widok, cuda techniki, wieżowce sięgające chmur, pełną automatyzację życia, a zobaczyłam zwyczajne osiedle domków jednorodzinnych łudząco podobne do warszawskiego Zacisza. Trawa, drzewa, kwiaty, śpiew ptaków, psia kupa na chodniku, ptasia kupa na ławce. Przez chwilę myślałam, że wróciliśmy do rzeczywistości, ale zachwycone miny pozostałych członków naszej grupy uświadomiły mi, że dla nich jest to widok zupełnie niecodzienny. Oczy niemal wyszły im z orbit, jak zobaczyli w oddali oczko wodne i fontannę. Biegali zachwyceni boso po zielonej trawie jak dzieci, które dostały urodzinowy prezent. Popatrzyłam na chłopaka i dziewczynę. Rozczarowanie i zawód wyraźnie malowały się na ich twarzach. Usiedliśmy na ławce wśród zieleni.

– Liczyłem na coś więcej… – stęknął Einstein.

– Nooo… – zawtórowała mu dziewczyna.

– Człowiek chciałby zobaczyć, jak przez sto lat rozwinęła się technologia, co ludzie wymyślili, jakie wprowadzili ułatwienia, jak wygląda najnowszy model iPhona, a tu okazuje się, że stoimy w miejscu. Żal.

– Czy wy nic nie rozumiecie??? – krzyknęłam.

– To wszystko oznacza, że w naszych czasach doszliśmy do ściany! Nic lepszego nas nie czeka! Świat, który mamy w 2020 roku jest najlepszym z możliwych! Nie uratuje nas nowoczesna technologia, bo ona nie wyprodukuje wody pitnej i czystej atmosfery, nie cofnie zniszczeń, które już się dokonały w środowisku. Nie żyjemy dzięki technologii, tylko dzięki naturze, która stwarza nam warunki do tego życia. Niestety nasza wartość jako ludzi jest oceniana po tym, co kupujemy, ile konsumujemy i jak wiele posiadamy. Jak rozpuszczone dzieci chcemy więcej i więcej. Ale bez odpowiedzialności. Tu możecie zobaczyć, do czego to prowadzi! Ci ludzie stracili swoją szansę. Teraz zjeżdżają po równi pochyłej w zatrważającym tempie. Krzyczałam jak w transie. Tak bardzo chciałam, żeby to do nich trafiło. Nawet nie zauważyłam, że podszedł do nas przewodnik.

– Proszę państwa, musimy niezwłocznie opuścić Enklawę. Nadciąga huragan. Czynniki rejestrują stały wzrost zagrożenia. W tej chwili osiąga czwarty stopień w skali Saffira-Simpsona. Może być niebezpiecznie. Autokar zaraz odjeżdża, proszę natychmiast kierować się do wyjścia. Odszedł pospiesznie. Z niechęcią podnieśliśmy się z ławki. Młodzi się ociągali. Jakby wyparowała z nich cała energia.

– Hej, Einsteinie, pospiesz się – zawołałam.

– Mam na imię Emil – odpowiedział urażony.

– A poza tym, to co tutaj widzimy przeczy rozsądkowi. Czy kryzys energetyczny aż tak wpłynął na cywilizację techniczną? To niemożliwe, żeby ludzie zatrzymali się na tym etapie rozwoju. Niemożliwe, żeby nic nie zrobili dla klimatu i doprowadzili do tego wszystkiego.

– Może nie było tak, że nie zrobili nic. Może coś robili, ale to było za mało – zasugerowała dziewczyna.

– Może chcieli znaleźć złoty środek, czyli zrobić coś dla klimatu, ale tak, by jednocześnie z niczego nie rezygnować.

– Myślę, że możesz mieć rację – zasugerowałam.

– Przekonanie, że stoimy ponad prawami natury mogło ludzi zgubić. W skali ewolucyjnej istniejemy dopiero chwilę, a tworzone przez nas zagrożenia odcisną piętno na najbliższe setki, tysiące lat… Tak dyskutując, doszliśmy do wyjścia. Naszego autokaru nigdzie nie było.

– Może czekają na nas na zewnątrz? – zasugerowała dziewczyna. Jak tylko przekroczyliśmy bramę, ta zaczęła się gwałtowanie zamykać. W oddali zamajaczyły nam światła autokaru.

– No, pięknie. Odjechali bez nas. Na empatię człowiek w tych czasach na pewno nie może liczyć – stwierdziłam.

Staliśmy bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zerwał się gwałtowny wiatr. Najwyraźniej prognozy zaczęły się sprawdzać. Pogoda zmieniła się w jednej chwili. Na horyzoncie ukazały się czarne, złowrogie chmury. Przeszedł mnie dreszcz. Przypomniało mi się, że przewodnik wspominał coś o schronie, ale gdzie go mieliśmy szukać na tym pustkowiu. Zaczęłam dobijać się do zamkniętej bramy. Brak odzewu. Pewnie teraz mobilizują siły przed huraganem i gdzieś mają zbłąkanych turystów. Jak sama nazwa wskazywała, Enklawa była enklawą, ale wyłącznie dla swoich bogatych mieszkańców.

– Chodźmy wzdłuż muru. Może gdzieś jest jakiś wyłom, w którym będzie można się schronić – zaproponowałam. Czułam się okropnie. Nie dość, że ich tu ściągnęłam, to jeszcze narażam na niebezpieczeństwo. Poczułam na twarzy pierwsze krople deszczu. Był kwaśny. Oni też to poczuli.

– Obecność dwutlenku azotu w powietrzu zawierającym dwutlenek siarki przyczynia się do zwiększenia ilości kwasu siarkowego w kwaśnym deszczu… – zaczął Einstein.

– Zamknij się! Lepiej wymyśl, co mamy zrobić, bo zaraz nas zmiecie z powierzchni! – wydarłam się, próbując przekrzyczeć deszcz i wiatr. Patrzył na mnie jak bezradne dziecko. Bo przecież był dzieckiem! Czego ja w ogóle od niego oczekiwałam? Przykucnęliśmy pod murem, bo ściana deszczu ograniczała widoczność, a wiatr uniemożliwiał postawienie kroku. Niebo przecięła błyskawica. Raz, dwa, trzy… Grzmot. Epicentrum było blisko. Zacisnęłam mocno oczy. Tak bardzo pragnęłam poczuć znajome mrowienie w palcach! To był dla nas jedyny ratunek. Pomyślałam o tym wszystkim, co zostawiłam „po drugiej stronie lustra”. O rodzicach. O przyjaciołach. O moim psie, którego przygarnęłam ze schroniska. O ukochanych Karkonoszach. O wakacjach nad Bałtykiem. Tak bardzo tęskniłam do tego świata. Tak bardzo! Raczej wyczułam niż usłyszałam, że dziewczyna płacze. Chciałam przysunąć się i objąć ją pocieszająco, ale nagle poczułam wyjątkowo silny podmuch wiatru. Wbiłam paznokcie w ziemię. Jak przez mgłę zobaczyłam, że dziewczyna i chłopak unoszą się jak bezwładne szmaciane lalki. Znikają w wirze wiatru i deszczu. Nie wiedziałam, czy to znowu moja wyobraźnia płata mi figle, czy to zdarzyło się naprawdę. Spojrzałam w bok z nadzieją, że przez ścianę deszczu zobaczę skulone postacie. Nie było nikogo. Moje serce się zatrzymało. Świat się zatrzymał.


Otworzyłam oczy. Usłyszałam huk. Ale nie wiatru czy deszczu, lecz dźwięk oklasków. Stałam z mikrofonem w ręce. Serce waliło mi jak oszalałe, krew buzowała w skroniach. Mijały sekundy, a ja nadal nie wiedziałam, gdzie jestem. Po chwili do mnie dotarło. Udało się!!! Wróciłam!!! Ale, czy oni… Spojrzałam na pierwszy rząd krzeseł. Einstein siedział tam, gdzie przedtem. Twarz miał białą jak kreda. Po jego czole spływały wielkie krople. Potu? Deszczu? Nasze spojrzenia spotkały się. On wiedział. Pamiętał. Po plecach przeszły mi ciarki. Dziewczyny nie było. Wpatrywałam się intensywnie w puste miejsce, jakby to miało sprawić, że zaraz zmaterializuje się na krześle. Ale nic takiego się nie stało.

– Pani doktor… – zaniepokojony nauczyciel lekko dotknął mojego ramienia. Uświadomiłam sobie, że wszyscy się na mnie patrzą. Od dłuższej chwili panowała cisza. Chyba wypadało coś powiedzieć.

– Czy… Czy są jakieś pytania? – wydukałam ze ściśniętym gardłem. Einstein podniósł szybko rękę. Wahałam się, czy udzielić mu głosu, ale nie miałam wyjścia.

– Dobrze, to może Ein… Emil. Słuchamy cię. Podszedł i wyjął mi z ręki mikrofon. Zamiast zadawać pytania, zaczął przemawiać z wielkim zaangażowaniem. Mówił o tym, jak będzie wyglądać świat za sto lat, gdy teraz staniemy w miejscu i nie zrozumiemy wreszcie, że sprawy klimatu powinny stać się priorytetem dla każdego z nas. To nas dotyczy bezpośrednio. Cała planeta krzyczy, a nikt tego nie słucha. Kilkadziesiąt procent wyrzuconego przez nas do atmosfery dwutlenku węgla pozostanie w niej na tysiące lat. A to prowadzi do zmian „na zawsze”… Nagle uwierzyłam, że może się udać, że Enklawa nie będzie tylko małym punktem na Ziemi, lecz to Ziemia stanie się Enklawą. Zrozumiałam, że świat właśnie zyskał prawdziwego wojownika, dla którego ochrona klimatu zawsze będzie na pierwszym miejscu, a takich ludzi jest dużo więcej. Tylko…Tylko dlaczego stało się to kosztem życia niewinnej dziewczyny? Czy to jest znak, jak wiele będzie trzeba poświęcić, aby uratować Ziemię? A może to znak, jak wiele stracimy, jeśli nie podejmiemy teraz odpowiednich działań? To wszystko zaczęło mnie przerastać. Czułam łzy napływające do oczu. Świat zaczął się rozmazywać. Niewyraźnie zobaczyłam, że otwierają się drzwi sali gimnastycznej. Zamajaczyła w nich postać w jasnym ubraniu. Do mojej świadomości dotarły jeszcze ostatnie słowa płomiennej przemowy Emila:

– …. pamiętajcie, że żyjemy w najlepszym możliwym świecie. Lepszego już nie będzie. Uratujmy go!


CC-BY-SA Agata Misiak 2020

Wyniki 1 Edycji Konkursu Literackiego Fikcji Klimatycznej

Jury I Konkursu Literackiego Fikcji Klimatycznej przyznało zgodnie z regulaminem

Nagrodę Główną dla Małgi Kowalskiej, autorki opowiadania Zbawiciel niepotrzebny

Drugą Nagrodę dla Kamili Szymańskiej, autorki opowiadania Tylko kropla

Trzecią Nagrodę dla Agaty Misiak, autorki opowiadania Najlepszy świat

Ucieszył nas wysoki poziom wszystkich przesłanych prac literackich. Do ich mocnych stron należą stosowanie różnorodnych technik narracyjnych i chwytów literackich, świadome korzystanie z języka jako narzędzia konstruowania świata, a szczególnie wiara w ludzkość.

Dziękujemy za lekturę lepszą od wielu pozycji możliwych do znalezienia w księgarniach.

Jury I Konkursu Literackiego Fikcji Klimatycznej

Przewodniczący: Piotr Krajewski

Katarzyna Czeczott- Łukasik

Monika Dembińska

Julia Łapińska

Rafał Szczęsny

Daniel Zych

“The Boston Hearth Project” – T. X. Watson

Kolejne Solarpunkowe opowiadanie, które być może zainspiruje Was do stworzenia własnej wizji przyszłości zostało napisane przez T.X. Watson i przetłumaczone przez Martynę Łysakiewicz. Pierwotnie opublikowane było w angielskiej antologii “Sunvault”.


Otrzymano: Śr, 16 Mar 2022 20:17:37 -0400 (EDT)

Temat: Teksty kwalifikacyjne

Cześć Kim,

Piszę w sprawie mojego wniosku, mam do niego kilka pytań. Udało mi się odpowiedzieć na pytanie “Kiedy ostatnio dobrze pracowało Ci się w zespole?”, mam jednak pewne obawy, że jeżeli zawarte w mojej odpowiedzi informacje zostaną upublicznione, to opisane w niej osoby mogą ponieść konsekwencje prawne.

Chcę dołączyć do X.S.U. przede wszystkim ze względu na Wasze szerokie zaangażowanie w aktywizm cyfrowy oraz prawa człowieka, i chcę mieć pewność, że Wasza reputacja znajduje odzwierciedlenie w Waszej polityce administracyjnej.

Dlatego chcę zapytać:

Czy proces kwalifikacyjny jest poufny?

Jak poważnie traktuje się bezpieczeństwo informacyjne w X.S.U.?

Czy po podjęciu decyzji rekrutacyjnej zachowujecie bazę wniosków?

Dziękuję,

Andie Freeman

Zie/Zir

halogen@fmail.com


Otrzymano: Pon, 21 Mar 2022 11:19:06 -0600 (MDT)

Re: Temat: Teksty kwalifikacyjne

Cześć Andie,

Dziękuję za wiadomość. W odpowiedzi na Twoje pytania:

Zgadza się, proces rekrutacyjny jest poufny, zaś nasz zespół ds. ewaluacji otrzymał dokładne zalecenia by nie przekazywać dalej żadnych szczegółów. Co więcej, tożsamości osób należących do zespołu z zasady nie mają żadnego połączenia z wnioskodawcami, przez co nie ma możliwości, aby strona trzecia (np. Sąd) wymusiła na członku zespołu, aby z całkowitą pewnością podał, że otrzymał konkretne informacje z Twojego wniosku. Kwestię poufności traktujemy z najwyższą powagą, zaś konsekwencją naruszenia tej poufności jest zakończenie stosunku pracy.

X.S.U. traktuje bezpieczeństwo informacyjne poważnie. Możliwe jest również też dopasowanie poziomu bezpieczeństwa do Twoich potrzeb, np. poprzez otrzymanie Twojego wniosku za pomocą zaszyfrowanej wiadomości e-mail zamiast poprzez formularz znajdujący się na naszej stronie.

Zazwyczaj przechowujemy pełne wnioski przez pięć lat po ich otrzymaniu. Na Twój wniosek możemy pozbyć się większości Twoich danych i zachować jedynie podstawowy zestaw koniecznych danych informacyjnych oraz naszą decyzję.

Mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć wyczerpująco na Twoje pytania.

Pozdrawiam serdecznie,

Kim Ellis

kellis@xsu.edu

844-387-6962


Otrzymano: Pon, 21 Mar 2022 16:08:09 -0400 (EDT)

Re: Re: Temat: Teksty kwalifikacyjne

Cześć Kim,

Załączam mój wniosek.

Ogromnie dziękuję,

Andie

Załącznik: 20220314-XSUapp-Andie-Freeman

[skrót]

Pytanie: Kiedy ostatnio dobrze pracowało Ci się w zespole?


W wieku 15 lat udało mi się wygrać moje pierwsze zawody gamingowe. Nie polegały one na grze drużynowej. Większość moich lat nastych minęła mi na rywalizacyjnych rozgrywkach w LiveFire 2190 i szło mi to naprawdę dobrze. W wyniku dotychczasowych osiągnięć w zawodach na poziomie narodowym w roku 2017 zaproszono mnie do rekrutacji do drużyny mającej rywalizować w nowej hybrydowej grze e-sportowej zwanej FREON. Była to gra quasi-alternate-reality z elementami rozwiązywania zagadek oraz strzelanki. W czasie rozgrywki przynajmniej jeden gracz znajdował się na skomplikowanej fizycznej arenie, zaś drugi operował panelem kontrolnym. Gracze na arenie nosili zestawy do gry w rzeczywistości rozszerzonej (zwane F.A.R-kits, skrót od “FREON Augmented Reality”), zaś gracze na panelu operowali wyświetlaczami na FAR-kitach, aby w sposób szczegółowy instruować zespół na arenie jak rozwiązywać pojawiające się problemy. Gracze na panelach zawsze mieli dostęp do większej ilości informacji niż gracze na arenie, dlatego właśnie komunikacja była kluczowa.

W drużynie było nas troje: ja na panelu, na arenie Conrad, cwaniakowaty biały chłopak wybrany ze względu na swoje zdolności gimnastyczne oraz nasz kapitan, Kay St. Anne, która poza graniem w e-sporty zajmowała się aktywizmem na rzecz bezdomnej, queerowej młodzieży w Bostonie.

Zdążyliśmy przez kilka miesięcy poćwiczyć ze sprzętem oraz wziąć udział w kilku rozgrywkach zanim FREON został odwołany nie ukończywszy swojego pierwszego sezonu. Powód: niewystarczająca liczba widzów. Conrad groził firmie pozwem, co dla nas wszystkich było po prostu żenujące. W końcu dał sobie spokój i wrócił do domu.

W tym momencie moja decyzja o roku przerwy w liceum była już podjęta i nieodwołalna, nie było więc dla mnie nic do roboty. Całe szczęście Kay pozwoliła mi u siebie zostać i zająć się wraz z nią aktywizmem, dzięki czemu dziurę w moim CV zarezerwowaną dla “mistrzostw e-sportowych” było czym załatać.

Kay mieszkała w starym, przebudowanym kościele, na którego iglicy znajdował się wiatrak, zaś przed witrażami umieszczono panele fotowoltaiczne. Zawsze mieszkało tam na raz około ośmiu czy dziewięciu osób. Kay wraz z grupą innych gejów z przerobiła piwnicę na hackerspace, pozwoliła również innym wolontariuszom niemal codziennie przygotowywać w kuchni żywność, którą następnie rozdawali potrzebującym. Nas też karmili, ale nie wątpię, że to właśnie Kay płaciła za lwią część składników.

Nasze wspólne działania z Kay do dzisiaj stanowią moje najważniejsze i najbardziej satysfakcjonujące doświadczenia życiowe. Aby rozwinąć, dlaczego, muszę wyjaśnić dwie kwestie:

  1. Liczba osób bezdomnych umierających zimą w Bostonie z roku na rok rosła, szczególnie od kiedy zmiany klimatu poskutkowały coraz bardziej chaotycznymi wahaniami pogody. Miasto nigdy nie było gotowe na ochronę bezdomnych w trakcie wirów polarnych, a sytuacja tylko pogarszała się zamiast poprawiać. Nie budowano nowych ośrodków dla bezdomnych, zaś w ciągu ostatnich pięciu lat zamknięto dwa z tych które już istniały.
  2. Miasto Boston wybudowało i szykowało się do otwarcia nowego budynku mieszkalnego: the Hale Center. Była to piętnastopiętrowa świątynia odrodzenia w stylu art deco, wyposażona w specjalnie zaprojektowany zamknięty ekosystem. W skrócie: miasto zbudowało pierwszej klasy hotel, dzięki któremu przedstawiciele świata biznesu i polityki nie musieliby wychodzić i obcować z prawdziwym miastem. Do dzisiaj stanowi on najwyższej klasy samodzielny Smart Building w Massachusetts.

Stwierdziliśmy, że lepiej posłużyłby jako dach nad głową dla bostońskich bezdomnych, dlatego postanowiliśmy go przejąć.

Jeżeli potrzebujecie potwierdzenia, wpiszcie w Google “Boston Hearth Project”. Spośród ogólnodostępnych źródeł uważam, że najlepiej opisał go na swojej stronie Guardian, jednak sądzę, że wiadomości warto przeczytać tylko po to, by potwierdzić, że faktycznie coś takiego się wydarzyło. Nie znajdziecie mojego imienia w żadnym z tych artykułów, chociaż na stronie the Hearth Project znajduje się moje nazwisko, wymienione wśród wolontariuszy.

Planowaliśmy zrobić to w ten sam sposób w jaki graliśmy we FREON: ja będę sterować panelem i pokieruję swoją drużyną.

Kay już kilka razy zdążyła rozłożyć F.A.R. kity na części i ponownie je poskładać, dzięki czemu na dobrą sprawę wiedziała jak taki zestaw zbudować sama. Skorzystała z AugR, platformy AR-owej z otwartego dostępu, żeby zbudować zestaw dla nas, próbując jak najwierniej oddać obecne w grze interakcje które stworzył FREON.

W ramach tego projektu zarządzała prawdopodobnie trzema czy czterema zespołami, dlatego po wybudowaniu systemu i przed przekazaniem mi dowodzenia planem, zrobiła jeszcze jedną ostatnią rzecz:

Przedstawiła mi Juniper.

Juniper Bern specjalizuje się w “eksploracji miejskiej”, co oznacza, że jak nikt inny zna na włamywaniu się do budynków. (Ona również w tym roku aplikuje do X.S.U., powinniście ją zaprosić. Również fakt, że “umie się włamywać” nie powinien być odbierany na jej niekorzyść).

Jest również traceuse (czyt. zajmuje się parkourem), co oznacza, że jest sprawna i atletyczna w bardziej wszechstronny sposób niż Conrad. Przywyknięcie do tego było zaskakującym wyzwaniem. Kiedy razem trenowaliśmy, wiele czasu zajęło mi zanim udało mi się zacząć zauważać najlepsze sposoby na osiągnięcie celu, co najczęściej oznaczało dostanie się w miejsca, które wydawały się nieosiągalne.

Ćwiczenia z AugR przypominały sterowanie innym ciałem. Udało mi się odkryć nowe granice fizycznych możliwości. Wiem już, jak daleko ramiona Juniper mogą sięgnąć zanim zaczną ją boleć stawy oraz zanim nasze decyzje poskutkują długotrwałym bólem. Wiem jak wysoko może skoczyć i jak miękko może wylądować.

Na dwa dni przed „pokazem” (takiej nazwy używaliśmy na wypadek podsłuchu) przenieśliśmy mój zestaw do pokoju hotelowego znajdującego się na tej samej ulicy co budynek, w którym ja i Juniper czekaliśmy na odpowiedni moment. Pokój sporo kosztował, zaś ta fizyczna bliskość przerażała mnie, jednak konieczny był krótki czas reakcji przez naszą własną, szybko założoną sieć bezprzewodową, która działała dzięki licznym, przenoszącym sygnały pluskwom, które Kay oraz jej znajomi roznieśli po wszystkich mrocznych zakątkach ulicy oraz wokół Hale Center. Moje sygnały musiały docierać do Juniper natychmiast. Opóźnienia w połączeniu mogły kosztować ją nie tylko schwytanie, ale nawet życie.

Tej nocy Juniper ubrała się w połowie jak anioł, w połowie jak szpieg. Jej strój miał barwy granatu i wyciszonej zieleni, dzięki czemu mniej by się wyróżniała w półmroku niż czerń. Strój był luźny, ale niemal całkiem pozbawiony nadmiarowego materiału.

Kupiła mi pasujący ubiór, dzięki czemu wyglądaliśmy jak drużyna. Oczywiście, że został przeze mnie wtedy założony.

Przyłbica, będąca opływowym, szklanym panelem, znajdowała się przy samej twarzy Juniper, naprzeciwko jej oczu. Dzięki technologii opartej na pryzmatach i pokryciu przyłbicy odpowiednią powłoką nie odbijało się od niej światło, zaś oprogramowanie wykrywające twarze miało utrudnione zadanie. Na froncie i z tyłu znajdowały się kamery, dzięki czemu udostępniany mi był pełen, 360-stopniowy obraz wokół jej głowy. Juniper zgoliła swoje długie, czarne włosy na jeża, żeby nie zmniejszać mi widoczności.

Posiadała również kilka innych gadżetów, między innymi:

  • Dwa niemal całkowicie bezgłośne drony z kamerami mniejsze niż jej pierwszy, które przez dwie godziny mogły się wisieć w miejscu, lub przemieszczać się przez pół godziny,
  • Brelok, który wcześniej służył do zdalnego otwierania samochodów, a który został przerobiony tak, by móc bezprzewodowo wysyłać hasła (informatorzy Kay zdobyli kilka gorzej zabezpieczonych haseł od zaprzyjaźnionych lub apatycznych pracowników, dzięki czemu odkryliśmy, że wiele sprzętów w Hale Center dalej posiadało niezmienione, fabryczne hasła).
  • Powłoki na opuszki palców ukrywające odciski, rękawice do wspinaczki, buty sportowe oraz
  • Kapcie z dwucentymetrową warstwą waty dla wyciszenia kroków.

Mój zestaw zawierał ogromny tablet ustawiony w stronę moich kolan, ekran z planem budynku z notatkami o mojej lewej, niezależną od systemu przeglądarkę internetową po prawej stronie (na wypadek, gdyby konieczne było pilne wyszukiwanie – była ona odłączona od systemu AugR, żeby mimo połączenia z Internetem nie mogła zdradzić naszej lokalizacji), środkowy monitor pokazujący mi wszystko, czego potrzebowaliśmy w danym momencie, a także poboczne monitory do zarządzania oknami. W moim wyposażeniu znajdował się również rysik, dwie klawiatury, dwie myszy, zaś nauczenie się odpowiedniego sterowania zajęło mi mnóstwo czasu.

Użyliśmy mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego, zazwyczaj wyposażonego w sieć komórkową oraz tablet, jednak odmontowaliśmy je dla bezpieczeństwa. W pobliżu zawsze znajdowały się moje kule, jednak użycie wózka wydawało się rozsądniejsze na tę noc, ponieważ nie mogliśmy ryzykować, że się przeciążę czymkolwiek innym niż skupieniem na misji. Wyłączyliśmy komórki i schowaliśmy je bezpiecznie w mini lodówce.

Hale Center włączono w październiku, zaś tego dnia, kiedy wkroczyliśmy, czyli ósmego listopada, właśnie skończył być meblowany. Data wielkiego otwarcia została wyznaczona na kilka dni później. To była nasza najlepsza, jedyna szansa.

Skończyliśmy rozwieszać plakaty, a zanosiło się na deszcz.

Jeden ze znajomych Kay użył mieszanki klejów do stworzenia plakatu, który wydawał się całkiem zwyczajny, gdy się do rozwieszało, jednak pod wpływem deszczówki spływał pozostawiając po sobie biały, wykreślony jedną linią napis, wcześniej umieszczony w kleju. Następnego dnia rano ogromne plakaty reklamowe w całym mieście miały zamienić się w murale nawołujące do tego, aby “pomóc w okupacji Hale” oraz zapraszające do “schroniska dla bezdomnych w Hale”, wszystko utrzymane w tym samym artystycznym stylu co samo Hale Center, z zachowaniem kilku kluczowych zmian oraz linka do BostonHearthProject.org.

Tym samym nie byłoby drugiej szansy, jeżeli nie byliśmy gotowi na następny dzień bronić Hale przed policją.

Juniper pocałowała mnie w czubek głowy i wyszła z pokoju hotelowego o czwartej nad ranem. O godzinie 4:06 znajdowała się za Hale Center.

Przedostała się przez okno na piątym piętrze, ponieważ okna na czterech pierwszych oraz na partnerze wyposażone były w inne skrzydła, otwierające się na niewystarczającą szerokość. Użyła breloczka i wszystkie okna w promieniu niemal pięciu metrów zaczęły się powoli otwierać. Wtoczyła się, używając swojego ciężaru do wypchnięcia ekranu częściowo z ramy, naginając na tyle by móc się przemknąć, ale nie na tyle by odłączyć którykolwiek z punktów mogących uruchomić system awaryjny.

Juniper porzuciła swój sprzęt do wspinaczki, zaś z butów sportowych przebrała się w kapcie. Opuściła sale konferencyjną przez którą się przedostała, a następnie skierowała się do północno-wschodniej klatki schodowej. Tam zeszła z piątego piętra na drugie za pomocą paru zgrabnych susów po poręczach, od których lekko zakręciło mi się w głowie (nie było takiej potrzeby, ale ona lubi się popisywać), po czym wróciła do głównego budynku. Północno-wschodnia klatka schodowa głównie służyła za wyjście pożarowe, dlatego prowadziła nie dalej niż na parter. Wejście do piwnicy zostało nieco lepiej zabezpieczone.

Drugie piętro było najwyższe na atrium, dlatego za kilkoma korytarzami miała widok z góry na wejście – jedyne miejsce, w którym znajdował się ochroniarz. Rozproszył go telefon.

Juniper wyjęła jednego z mini dronów, rozwinęła jego skrzydła i, kucając, przesunęła się na tyle blisko poręczy, żeby spuścić go w dół i schować się ponownie w bezpiecznym miejscu poza zasięgiem wzroku. Gdy tylko opuścił jej dłoń, dron został przeze mnie włączony i unosił się w powietrzu zanim zdążył spaść na więcej niż metr.

Oświetlenie w atrium przypominało blask księżyca – barwiło wszystko na delikatny, przygaszony błękit i jedynie reflektory mijających samochodów wpuszczały do pomieszczenia sporadyczne barwy i głębię pozwalającą na odróżnienie Juniper od mebli czy wzorów na ścianach.

To było piękne, ale mogliśmy to poprawić. Został przeze mnie włączony filtr na wyświetlacz Juniper, żeby wzmocnić niektóre barwy, by ułatwić jej dostrzeżenie szczegółów, które umykały ochroniarzowi.

Obraz z kamery z dronu został przeze mnie dodany do obszaru widocznego dla Juniper, w lewym, dolnym rogu, po czym dron został przeze mnie ostrożnie przeniesiony niżej, aż dało się go bezpiecznie ukryć tuż pod schodami na drugie piętro.

Inne subtelne kamery połyskiwały w lobby na parterze, a do moich zadań należało oznaczenie ich na planie budynku wraz z zaokrąglonym w górę obszarem ich pola widzenia. Na ekranie Juniper przypominały one półprzezroczyste, czerwone stożki.

Dron skupiony na ochroniarzu został przeze mnie zaprogramowany tak, by jego kamera wykrywała ruch, z progiem alarmu wynoszącym dla mnie 10%, zaś dla Juniper 30%. Następnie bezpośredni obraz został przeze mnie zabrany sprzed jej twarzy.

“Gotowa?” – usłyszała moje pytanie, skierowane przez AugR wibracjami przez jej kości, dzięki czemu żadne fale dźwiękowe nie przedostawały się do powietrza

“Gotowa”. – potwierdziła bezgłośnym szeptem, które AugR wykrył i odtworzył po mojej stronie. Sprzęt wykrywał jej tempo, intonacje i ruch ust, a następnie przetwarzał je na ton głosu, a zabrzmiało to jak syntezator mowy, ale z jej akcentem. Dziwne, ale urocze. Do dzisiaj czasem używamy tego narzędzia zamiast rozmów telefonicznych.

W jej polu widzenia pojawił się włączony przeze mnie licznik.

3…

2…

1…

Wybiła się nad poręczą chwytając ją, a następnie pod nią przeskoczyła na pierwsze piętro, zwinnym ruchem, który nie do końca udało mi się zrozumieć.

Ochroniarz się poruszył, 25 procent. Na wyświetlaczu Juniper pojawił się ode mnie jaskrawy, żółty komunikat “CISZEJ”, zajmujący jej obszar widzenia na ułamek sekundy by potem wygasnąć i przenieść się na bok. Wcisnęła się w róg między podłogą a ścianą, czekając na sygnał ode mnie.

Ustawiony przeze mnie komunikat “CISZEJ” uruchomił wyświetlający się na bocznym wyświetlaczu stoper, dlatego wiem, że był widoczny przez 41,899 sekund, wiem też, że po dziesiątej sekundzie ochroniarz nie poruszał się już w zakresie przekraczającym dwa procent.

Po tym jak powiadomienie zostało przeze mnie wyłączone, poręcz została podkreślona na żółto, dla ostrożności, dając Juniper do zrozumienia, że powinna spojrzeć. Tak zrobiła, a uwaga ochroniarza dalej skupiona była na telefonie. Do dziś stresuję się na myśl o decyzji, którą musieliśmy wtedy podjąć.

Mogła obejść zachodnią stronę atrium i niemal idealnie, płynnie zeskoczyć, jednak wylądowałaby wtedy na kafelkach. Jest bardzo cicha, ale nie aż tak cicha, żeby skok z trzech metrów na kafelki był bezdźwięczny. Inną opcją było celowanie w dywan, który wygłuszyłby dźwięk, jednak Juniper znalazłaby się wtedy bezpośrednio w linii wzroku ochroniarza, po czym musiałaby się przetoczyć za drugą stronę biurka.

Wdech. Zamknąć oczy. Otworzyć oczy. Wydech. Decyzja: dywan.

Juniper przemknęła się nad poręczą jak gdyby umiała latać. Wylądowała idealnie w oznaczonym punkcie, a następnie pięknie się przetoczyła.

Tak zgaduję, ponieważ w tym momencie moje powieki były zaciśnięte.

Jednak po otwarciu oczu dotarło do mnie, że znajdowała się za biurkiem, zaś ochroniarz dalej trwał w bezruchu jak posąg. Wykrywacz ruchu alarmował, ponieważ to Juniper znalazła się w jego zasięgu. Ten proces został przeze mnie natychmiast wyłączony, a na jej wyświetlaczu pojawiły się moje przeprosiny za fałszywy alarm.

“Nie ma sprawy” – odpowiedziała bezgłośnie.

Następny cel stanowił znajdujący się na korytarzu otwarty próg, za którym znajdowały się schody prowadzące do piwnicy. Dzięki grafikom przesłanym przeze mnie, przedstawiającym plamy czerwieni i żółci, Juniper wiedziała, że nie było ścieżki do progu znajdującej się równocześnie poza zasięgiem kamer lub wzroku siedzącego w fotelu ochroniarza. Juniper postanowiła zaryzykować i znaleźć się na jego linii wzroku, jak się okazało, słusznie. Dotarła za próg, po czym na mój sygnał zastygła w bezruchu i otrzymała ode mnie powiadomienie “CISZEJ”.

Ochroniarz wstał.

Przeszedł obok krawędzi biurka, w obszar, z którego mógł zobaczyć Juniper, gdyby tylko wiedział, gdzie spojrzeć.

Rozejrzał się i uznał, że musiało mu się przesłyszeć. Wrócił na posterunek.

Juniper przez całą drogę korytarzem zachowała wyjątkową ciszę.

Na końcu, drzwi po lewej stronie, które musiała otworzyć, były jednak zamknięte na klucz. Gdy przyłożyła do nich brelok wydały z siebie głośny pisk, a następnie stukot po przekręceniu klamki. Przeszła, przytrzymawszy drzwi, zastygła i czekała na mój sygnał.

Ochroniarz poruszył głową, ale nie odłożył telefonu. Na mój sygnał, by “zamknąć drzwi po cichu” Juniper powoli, ostrożnie pozwoliła drzwiom wrócić na miejsce we framudze, przytrzymując wewnętrzną klamkę. Gdy to się udało, spokojnie uniosła rękę by bolec w zamku przesunął się na swoje miejsce.

Następnie zaczęła schodzić po schodach.

“Uspokoisz mnie co do ochroniarza? – Zapytała, w odpowiedzi na jej panelu pojawił się obraz z drona. Po wyrazie twarzy ochroniarza dało się poznać, że całkowicie skupił się na tym co robił na trzymanym w poprzek telefonie.

“Zgaduję, że on ma szczerą nadzieję, że nikogo tu nie ma, ponieważ musiałby wtedy oderwać się od gry w Polybiusa”.

Można było wyjść z założenia, że nie usłyszałby też drzwi otwieranych dwa piętra niżej, dlatego Juniper zrobiła to bez większego niepokoju.

Piwnica mogła pełnić funkcję laboratorium – wypełniały ją ogromne zbiorniki służące jako filtry do wody i oczyszczacze powietrza, rozwijały się w niej ściśle kontrolowane masy alg, zaś dostępu do zbiorników broniły komórki o szklanych ścianach i czytnikach kart.

W przypadku wyłączenia tego systemu, po tygodniu budynek stałby się niezdatny do zamieszkania, zaś po kolejnym tygodniu systemu nie dałoby się już naprawić. Funkcje pozyskiwania energii i zarządzania powietrzem opierające się na tym systemie były kluczowe dla naszego długofalowego planu, dlatego konieczne musieliśmy zabezpieczyć jego działanie, równocześnie uniemożliwiając jego zdalne wyłączenie.

Połowa czasu wolnego z tamtego miesiąca minęła mi na czytaniu wszystkiego co się da na temat tego systemu, a także systemów wymienionych przez naukowców i architektów pracujących nad nim. Nie wiedzieliśmy, gdzie się one znajdują, ale wiedzieliśmy, gdzie możemy znaleźć dwie skrzynki , z których jedna zawiera komputer, a druga kabel.

Juniper znalazła najpierw przewód, otworzyła skrzynkę i odłożyła ją, ponieważ był on jej potrzebny w drugiej kolejności. Kontynuowała poszukiwanie komputera. Szukaliśmy osobno – ja na drugim dronie.Znalezienie komputera zajęło nam około dziesięciu minut.

Gdy tylko nam się udało, Juniper ułożyła palce na klawiaturze i czekała na moje dalsze wytyczne.

AugR nie dawał mi fizycznej kontroli nad ciałem Juniper, ale ćwiczyliśmy tę technikę wiele godzin dziennie od kiedy tylko postanowiliśmy włamać się do Hale Center, a Juniper dawno w tym obszarze przerosła Conrada.

Pod wpływem mojego pisania klawisze w odpowiednich pozycjach wyświetlały się w polu widzenia Juniper. Odczytała ten sygnał i przelała go na klawiaturę. Przypominało to fizyczną kontrolę jej palców. Ona jest po prostu niesamowita.

Komputer połączył system z intranetem budynku co było konieczne dla umożliwienia nam kontroli nad nim, potrzebowaliśmy jeszcze zmienić adresy serwerów. Mieliśmy niezły orzech do zgryzienia, ale to podziałało. Rano musieliśmy zainstalować bezprzewodowe wzmacniacze sygnału, takie same jakich użyliśmy z Juniper by dostać się do budynku bez sieci komórkowych, dzięki czemu nie trzeba było polegać na sieciach dostępnych z zewnątrz.

Ostatnią rzeczą, którą musieliśmy się zająć, było połączenie zabezpieczone fizyczne: Juniper zbliżyła się do kabla, chwyciła go i czekała na mój sygnał.

Po tym czekała nas gra na czas, po schodach na szóste piętro by zmienić hasła w budynku, wyłączyć kamery, złamać mechanizmy zabezpieczające by wykorzystać wejścia. Później w lobby wykopać ochroniarza i wpuścić ludzi.

Na mój sygnał zaczęło się odliczanie. 3… 2… 1…

Juniper wyciągnęła kabel z gniazdka, rzuciła go na ziemię i rozdeptała wtyk.

Mieliśmy około osiemnaście minut między byciem zauważonymi a przyjazdem policji. W tym czasie próbowaliby zamknąć budynek (co właśnie im uniemożliwiliśmy) a potem zablokować sieć bezprzewodową (mieliśmy już własną, której nie zdążyliby znaleźć). Wykryć nas mogli równie dobrze natychmiast jak i dopiero rano, jednak Kay widziałaby to w czasie rzeczywistym i już prowadziłaby ludzi na marsz w stronę budynku.

Juniper rzuciła się biegiem schodami.

Jedno spojrzenie na kamerkę wycelowaną w ochroniarza. Wyglądało na to, że mógł coś usłyszeć, ale w tym momencie nie miało to już takiego znaczenia. Nie znalazłby jej, gdyby zaczął szukać, najpewniej wezwałby po prostu policję, czyli nie zrobiłby żadnej różnicy.

Drugie spojrzenie na Juniper. Piętro drugie, trzecie, czwarte, piąte –

Wpadła na szóste piętro, gdzie czekała na nią mapa AugR – kropkowana linia prowadząca prosto do sterowni. Gdy tam dotarła, użyła breloka by się przedostać, podeszła do najbliższego terminala, wpisała hasło (znowu: domyślne od producenta) i zaczęła naśladować ruchy moich palców z prędkością podkręconą przez adrenalinę oraz skupieniem wartym nowego rekordu. Pojawiło się wiele powiadomień typu „czy jesteś pewien?”, wiele razy trzeba było potwierdzić uprawnienia administracyjne. Mnóstwo ekranów. Przełamane zabezpieczenia, zmiany haseł, wyłączone kamery.

Łącznie zajęło to około siedem i pół minuty, po czym Juniper wybiegła z pokoju w kierunku schodów.

Tym razem ochroniarz na pewno ją usłyszał, a ponieważ ona lubi się popisywać, opuściła klatkę schodową na drugim piętrze i ruszyła do atrium, przeskakując nad poręczą i czysto lądując w pozycji opartej na jednym kolanie. Ochroniarz zobaczył ją, wyciągnął paralizator, wymierzył, strzelił.

I całkowicie spudłował. Wyglądał jakby miał się rozpłakać.

– Odłóż to – rozkazała.

Posłuchał.

– Podejdź do drzwi.

Wstała. Podszedł do drzwi z rękami w górze.

– Wyjdź.

Przeszedł przez pierwsze kuloodporne wrota, potem przez następne, ona zaś szła za nim.

– Ten budynek teraz jest nasz. Uciekaj jak najdalej.

Rozejrzał się, najpierw w lewo, potem w prawo i zobaczył szeregi ludzi zmierzające w stronę budynku. Uciekł.

Kay miała już breloczek z wcześniej przygotowanymi przez nas hasłami. Zorganizowała aktywistów, którzy przyprowadzili grupy szukające schronienia, i koordynowali ten dwustuosobowy tłum dzieląc ich na mniejsze skupiska.

Zorganizowała trójkę przyjaciół gotowych odebrać mnie wraz z moim sprzętem. Znajdowaliśmy się a parkingu Hale Center zanim pierwszy oddział glin przygotowanych na walkę z zamieszkami zdążył się pojawić.

Garaże zamykały ogromne, potrójne bramy, które mogły całkowicie zablokować budynek, co umożliwiało zarządzanie wewnętrznym klimatem w przypadku ekstremalnych warunków pogodowych. Gdy się tam przedostaliśmy, najniższe wejścia zostały zablokowane. Wjechaliśmy windą do głównej hali, gdzie ludzie nadal się tłoczyli.

Powietrze w Hale Center jest inne niż na otaczającym go mieście. Pachnie jak otwarta przestrzeń, ale inna niż w Bostonie. Nie pachnie samochodami, błotem, budową. Nie pachnie oczyszczanym powietrzem ani detergentami. To lekka bryza, unosząca woń różnorodnych, miniaturowych biomów kryjących się w systemie.

Na zewnątrz kłębiły się chmury, zerwał się deszcz, ale wewnątrz wschodziło słońce: niczym okna punkty świetlne zalały ogromną przestrzeń światłem słonecznym stworzonym przez inżynierów.

Budynek był równocześnie naszą bronią oraz zakładnikiem. Wpuściliśmy gliniarzy przez pierwsze drzwi i podkręciliśmy temperaturę do 46 stopni Celsjusza. Następnie grupka dzielnych ochotników czekała aż niemal ugotują się żywcem, by ich wpuścić do budynku. Około dziesięć osób na raz wchodziło, i jeśli nie rozebrali się z uzbrojenia to dostawali udaru cieplnego. Zabraliśmy wszystko i odesłaliśmy ich w koszulkach i bieliźnie. Rozłożyliśmy ich broń, rozłupaliśmy ważne elementy ciężkimi przedmiotami, po czym odłamkami obsypaliśmy zaparkowane pod oknami suki.

Zdołaliśmy obronić się przez aktywnym oblężeniem przez 49 dni, w czasie, kiedy z miasta nadchodziły coraz liczniejsze grupy ochotników gotowych się przyłączyć. Gdyby nie nasz świetny zespół od social mediów nigdy nie dalibyśmy rady pozostać w budynku. Uczynili z tej sytuacji prawdziwy PR-owy koszmar, skutecznie wzbudzając publiczną empatię, stwarzając warunki, w których negocjacje były w ogóle możliwe. Sytuacja patowa skutkowała porozumieniami, dzięki czemu zdobyliśmy więcej zasobów oraz ludzi.

Budynek stał się również projektem artystycznym: artyści zjeżdżali z dachu by pomalować fasadę połyskliwymi żółciami i pomarańczami, żeby przełamać smukłą, szaro-błękitną supernowoczesną estetykę, którą architekci próbowali wtłoczyć w miasto.

Schronisko dla Bezdomnych Boston Hearth zostało formalnie zatwierdzone, zaś zarówno Nowy Jork jak i Portland przekazały projekty budowlane aktywistom w obawie przed kolejnymi wrogimi przejęciami. Brakuje tam funduszy i rąk do pracy, zaś wolontariusze poświęcają na to więcej godzin niż na swoich płatnych, pełnoetatowych stanowiskach, jednak obecność budynku stworzonego z możliwością zabezpieczenia przed światem zewnętrznym stanowi ogromną różnicę – ratujemy w ten sposób wiele żyć. O 92% spadła liczba śmierci spowodowanych zimowymi warunkami pogodowymi.

Niemniej każdemu, komu udowodnią powiązanie z tym przejęciem, nadal grozi śledztwo i wieloletnie więzienie. Kay poszła na ugodę, przez co do 2025 będzie przebywać w areszcie. W tym roku nie była w stanie w ogóle odwiedzić Hearth. Gliniarze nadal poszukują osoby, która włamała się tej nocy do budynku i przestraszyła ochroniarza.

Praca zespołowa była kluczową umiejętnością na każdym etapie Projektu Hearth: planowania, wykonania, follow-upu i wzajemnej ochrony przed Systemem™. Ta praca sprawiła, że głębiej rozumiem i doceniam działania kolektywne. Jest to ciężkie, ma swoją cenę, a także wymaga niezmierzonego zaufania i bliskości.


T.X. Watson, wszystkie prawa zastrzeżone


Nota od tłumaczki:

Tym, co zawsze cieszyło mnie w tłumaczeniach jest fakt, że nie ma na świecie dwóch osób, które otrzymawszy ten sam tekst źródłowy, stworzyłyby identyczny przekład. Dotyczy to nie tylko tekstów literackich, ale nawet tak wysoce specjalistycznych jak umowy handlowe, instrukcje obsługi czy karty charakterystyki.

W obliczu tłumaczeniowego wyzwania, gdy uwzględnimy jego cel i odbiorców, możemy stosować różne strategie. Jednym z najciekawszych takich wyzwań był dla mnie właśnie „Boston Hearth Project”.

Główna postać, T.X., jest osobą niebinarną używającą zaimków Zie/Zir. W oryginalnej wersji angielskiej ten fakt staje się widoczny tylko w jednym, łatwym do przeskoczenia fragmencie: podpisie e-maila. W języku polskim, gdzie „upłciowione” są nie tylko zaimki, ale gdzie rodzaje gramatyczne przypisane są do przymiotników, czasowników i innych licznych części mowy, każda wypowiedź na własny temat staje się deklaracją tożsamości płciowej.

Tutaj pojawia się wyzwanie nie tylko dla tłumaczy, ale również dla osób niebinarnych i płciowo nienormatywnych. W polszczyźnie nie istnieje obecnie silnie zakorzeniony odpowiednik angielskiego „they” w liczbie pojedynczej, tym samym osoby nie-cis same sobie muszą udeptywać ścieżki.

Nie oznacza to, że debaty na ten temat nie ma. Za przykład wiralowej dyskusji o niebinarności w polszczyźnie może posłużyć wypowiedź opublikowana przez fanpage Mistycyzm Popkulturowy w reakcji na przekład serialu „She-ra and the princesses of power”. W polskiej wersji tej produkcji Netflixa, postać o imieniu Double Trouble i wobec której używano zaimka “they”, została przemianowana na „Kłopotowski”, czym nadano jej rodzaj gramatyczny męski. W krytycznych komentarzach pojawiły się liczne sugestie strategii wierniejszego przekładu, który nie narzucałby jednego z dwóch binarnych rodzajów gramatycznych (żeński i męski).

Jedną z takich strategii są, proponowane między innymi na stronie Zaimki.pl, tak zwane „dukaizmy” (czyli „onu/jenu”) tudzież dukatywy (czyli „poszłuś”, „zrobiłuś”). „Dukaizmy” swój początek miały w literaturze Jacka Dukaja (stąd nazwa), chociaż nie był on ani pierwszym, ani ostatnim pisarzem tworzącym formy neutralne płciowo. Twórcy strony Zaimki.pl proponują również dość popularne w środowiskach aktywistycznych osobatywy (np. „osoba partnerska” zamiast „partner/partnerka”) lub neutratywy („partnerze” zamiast „partner/partnerka”). W moim osobistym filologicznym uchu wszystkie trzy opcje brzmią cudownie.

Podobną twórczością zajmuje się też fanpage Słownik Empatyczny Języka Polskiego, który przeprowadza ankiety na temat inkluzywnego języka. Zadają pytania typu „Osoba niebinarna poślubiona dziecku to: zięcie czy potomkowe?”, sugerują by pewne ciasto nazywać „sutkami górnika”, oswajają czytelników z feminatywami.

Po przemyśleniu sprawy, ja postanowiłam zastosować jeszcze inną strategię. Postanowiłam całkowicie unikać form rodzajowych i zastępować je między innymi liczbą mnogą, bezokolicznikami czy stroną bierną. Wymagało to nie lada gimnastyki.

Powodem, dla którego zdecydowałam się na ten krok jest fakt, który wymieniłam na początku: o tożsamości płciowej T.X. dowiadujemy się tylko w jednym miejscu, praktycznie na samym początku opowiadania. Później nie odczytamy tego ani z ról płciowych, ani z dialogów z innymi postaciami, ani z opisu wyglądu postaci bohaterskiej.

Na siedem stron tekstu, tylko siedem znaków przedstawia T.X. jako osobę niebinarną. Subtelnie, ale jednoznacznie.

W rezultacie ten fakt może czytelnikowi bardzo łatwo umknąć, czy to przez nieznajomość tematyki niebinarności czy to przez zwykłą nieuwagę. Czytelnik sam tworzy w swój obraz T.X., i pryzmatem, przez który na T.X. patrzy, staje się jego własna osobowość. Ten sam efekt chciałam osiągnąć w wersji polskiej.

Ponadto sięgnęłam tutaj do doświadczeń znanych mi osób płciowo nienormatywnych. W sytuacjach, w których musiały nadal ukrywać swoją tożsamość, a nie chciały się same misgenderować, po prostu przeformułowywały swoje wypowiedzi tak, by unikać końcówek rodzajnikowych.

Przykładowo: osoba płciowo nienormatywna przed coming outem, rozmawiając ze swoją rodziną, zamiast powiedzieć „widziałem się z kolegami” powiedziałaby „spotkaliśmy się z kolegami”, lub zamiast „pomyślałem o tym” powiedziałby „zdarzało mi się o tym myśleć”. Ten kontekst wydaje się niezwykle wąski, ale jest to jedyna strategia tworzenia neutralnego płciowo języka, którą osobiście widziałam na żywo, poza tekstem pisanym.

Niewykluczone, że mój wybór będzie wyglądać śmiesznie i przestarzale już za miesiąc czy dwa, ponieważ neutralny płciowo język na dobre zagości w naszej polszczyźnie. Szczerze mówiąc, nie mogę się tego doczekać i z przyjemnością następnym razem spróbuję do tego podejść właśnie tak.

Martyna Łysakiewicz

“Nowe zasady” – Jerri Jerreat

Choć w języku Polskim nie powstało zbyt wiele optymistycznych opowiadań o zmianach klimatu, pojawiają się one coraz częściej w literaturze anglojęzycznej. Poniżej publikujemy opowiadanie “Nowe Zasady” autorstwa Jerri Jarreat z antologii “Glass and Gardens: Solarpunk Winters”, przetłumaczone przez Michała Klatę. Mamy nadzieję, że zainspiruje Was do pisania własnych wizji optymistycznej przyszłości! 🙂


W połowie października poprosiłam moich dwunastolatków, żeby wyobrazili sobie, że zakładamy pierwszą osadę w historii ludzkości. Jakie chcielibyśmy mieć zasady?

– Nie kradniemy – powiedziała Soon Yi.

Wrzuciłam to na ekran.

– Potrzebujemy sportu! Musimy w coś grać! – powiedziała Telise, która gra w szkolnej reprezentacji lacrosse i fiscusa.

– Najpierw praca, potem zabawa. Najpierw musimy spisać zasady – zauważyłam.

– Większość społeczeństw wybijała się w wojnach – my przekierujemy agresję w konkurencję na zawodach sportowych – Telise z tymi swoimi warkoczykami związanymi na karku zawsze była taka zadziorna. Reszta jej przytaknęła. – Jak starożytni Grecy w tych swoich polis. Wiecie, oni zaczęli organizować olimpiady w roku pięćsetnym – dorzuciła, chwaląc się swoją wiedzą.

– Blisko. W siedemset siedemdziesiątym szóstym przed naszą erą – poprawiłam ją
w zamyśleniu, dotykając opaski, żeby wyświetlić im hologram. – No dobra, to ma sens – dodałam – Jeszcze jakieś zasady?

– Każdy musi wnosić swój wkład – dorzuca Dane (nienawidzi projektów grupowych).

– Wszyscy są równi – dodał Tobo.

– I nie ma żadnego premiera ani prezydenta? – chciałam się upewnić.

– Tak, każdy jest tak samo ważny. – przytaknął chłopiec.

To było głębokie, pomyślałam. Każdy jest tak samo ważny. Zwróciłam się do Irenski po mojej lewej:

– A Ty jaką byś chciała dodać zasadę?

Błąd. Irenska nie lubi kiedy się ją wywołuje do tablicy. Utkwiło w niej czternaścioro spojrzeń. Irenska miała niemodną, niestarannie wykonaną fryzurę, a jej spodnie i długa tunika były co prawda schludne, ale było widać, że pochodzą ze sklepu charytatywnego. Nie miała na sobie żadnych świecidełek, żadnych tatuaży na zębach, żadnej elektroniki poza zapewnianą przez państwo opaską.

Nie musiałam się przynajmniej martwić o to, czy Irenska nie jest zaniedbywana. Zapraszałam ją do Śniadaniowni, ale zawsze brała lunch z domu i czytała wszystko, co ściągnęłam jej na opaskę. Jej mama też była nieśmiała, ale powiedziała mi, że przy odpowiednim wsparciu może występować publicznie. W gospodarstwie z jednym dochodem nie przelewało się, więc Przesilenie Zimowe zapowiadało się dość skromnie, ale przynamniej Irenska mogła razem z mamą udać się w wirtualną podróż w każde letnie wakacje. Mama pomagała jej też w zadaniach domowych z trygonometrii. Mniej więcej połowa rodziców tego nie robiła.

– Fajny top. Jak na zeszłe stulecie! – przerwała ciszę Kavi.

Cała klasa się zaśmiała, ale większość opanowała się i szybko przestała. Każdy może przecież stać się następnym celem Kavi. Irenska wtuliła głowę w ramiona.

Gestem przyzwałam do siebie Kavi, prosząc, aby wyszła ze mną na korytarz. Empatia była dla niej dużym wyzwaniem. A to stanęła komuś na rękę, a to „przez przypadek” kogoś kopnęła, a to zadrapała komuś ramię; bez przerwy wszystkich obrażała. Byłam już zmęczona prowadzeniem z nią poważnych rozmów po zajęciach, wysyłaniem maili do jej rodziców (nigdy nie odpowiadali), naradzaniem się z dyrektorem i łykaniem łez ukradkiem. Większość klasy się jej bała (ale słyszałam plotki, że Telise kiedyś jej oddała). Nie potrafiłam sprawić, żeby przestała obrażać inne dzieci, albo wystawiać nogę, kiedy ktoś (zwykle Irenska) przechodził obok. Może powinnam znowu powiadomić GoodFamily. Ciekawe, czy udało im się już porozmawiać z jej rodzicami. Powoli kończyły mi się pomysły.

Nasze Centrum Edukacyjne jest całkiem niezłe. Mamy klasę na samej górze, na piętnastym piętrze. Okna wychodzą na cudowny Toronto Skypark, którego kolorowe klony ginnala są częstym motywem w naszych pracach plastycznych. Kiedy pogoda jest ładna, w przerwie między wichurami, zabieram klasę na spacer po Kładkach, które łączą nasze drapacze chmur z Parkiem Rzeźb Cywilizacji, gdzie można zobaczyć kopie znanych dzieł sztuki starożytnych Chin, Kambodży, Grecji, Azteków, plemienia Haida, oraz innych kultur świata. Moi uczniowie mogą dotknąć kopii babilońskiego Kodeksu Hammurabiego.

Kavi miała już wyjść do mnie na korytarz, kiedy Tobo został bohaterem dnia, trafiając ją papierową kulką wystrzeloną z dmuchawki zrobionej ze zwiniętej kartki. Spojrzałam na niego
z dezaprobatą – w końcu musiałam grać swoją rolę. Cała klasa miała niezły ubaw.

Zastanawiałam się, czy chciał w ten sposób obronić Irenskę, czy po prostu się nudził. W końcu siedział bez ruchu już od pięciu minut. Połowa klasy była regularnie pacyfikowana Piksetalem200. Druga połowa to Organiczni Tradycjonaliści, OT. Trudny wybór dla rodziców.


W końcu opracowaliśmy całkiem przyzwoity zbiór Pierwszych Zasad: wszyscy są równi; każdy, kto ukończył dziesięć lat, musi pracować; zaczynamy od zbudowania wielkiej wspólnej chaty itp. Zignorowałam okrutne pomysły na kary, które z niewinnymi minkami podsuwali Jeni i Sean (uwaga na przyszłość: nie pokazywać im więcej tej strony o rewolucji francuskiej).

Naszym następnym wyzwaniem mogłoby być zaprojektowanie schronienia dla grupy. Zeszłego roku zabrałam klasę do Muzeum Arktyki, gdzie w symulowanych warunkach polarnych budowaliśmy quinzee. Z naszymi huraganami, raz niosącymi marznący deszcz, a raz zamieć, mieliśmy już pewne doświadczenie ze śniegiem. Zwykle jednak topniał po kilku dniach. Tego roku byłoby świetnie móc zaprojektować razem jakieś schronienie, które pozwoliłoby nam przetrwać huragan. W tym tygodniu kolejny zbliżał się do wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Mieliśmy nadzieję, że wygaśnie zanim do nas dotrze. Fajniej byłoby móc popracować na wirtualnym…

– Dobra robota, na razie wystarczy! Wrócimy do tego jutro – zaproponowałam – posprzątajcie i zjedzcie lunch.

Miałam dyżur na zewnątrz, więc zjadłam szybko batonika, złapałam kurtkę, i wybiegłam pilnować boiska do nogi na długiej przerwie. Przez pół godziny mimowolnie spoglądałam na niebo (czy ta ciemna linia na południu nie jest coraz grubsza?) i obserwowałam moich uczniów. Można się wiele o nich dowiedzieć patrząc jak grają w piłkę. Zobaczyłam, jak Kavi kopnęła w stopę chłopca, który mijał ją w pełnym pędzie z piłką do fiscusa – potknął się i upadł. Dzieciaki zaczęły na siebie krzyczeć. Kavi jak gdyby nigdy nic utrzymywała, że to był wypadek. Reszta się wahała, niepewna, którą stronę wziąć. Widziałam, że chłopcu nic poważnego się nie stało, więc obserwowałam ich z daleka i nie interweniowałam. Dzieci wznowiły grę. Tobo i Telise byli jednymi z najszybszych zawodników w swoich drużynach – nic dziwnego, że pierwsi pomknęli ku piłce. Ona dopadła jej pierwsza, ale on sprytnym manewrem ją odebrał, i posłał prosto do bramki. Gol! Brawo też dla niej – potrafiła przyjąć porażkę z godnością. Przybiła piątkę Tobo i wzruszyła ramionami, uśmiechając się do reszty drużyny.

Nawet z tej odległości widziałam, że Kavi czuje się nieswojo.

Ruszyłam w ich stronę, kiedy jedno z młodszych dzieci zawołało mnie: „Pani Błękitne Niebo!” W szkole przyjmujemy imiona, które kojarzą się z naturą. Motywem przewodnim placówki, w której pracuje moja przyjaciółka jest woda: ona została „Panią Syrenką”, a jej kolega to „Pan Posejdon”. Śmiejemy się z tych imion. Odprowadziłam małego pod drzwi szkoły i wysłałam go po lód. Nie widziałam, żeby stało się coś poważniejszego, ale mrożony tlen i wodór są dobre na wszystko – naprawiają nawet popsuty nastrój. Kiedy odwróciłam się z powrotem w kierunku boiska, Telise krzyczała w gniewie, co zupełnie nie było w jej stylu.

Dmuchnęłam w gwizdek i wbiegłam na boisko. Uczniowie niechętnie się rozdzielili. Irenska leżała na ziemi, wyła z bólu i trzymała się za piszczel. Telise wykręciła Kavi rękę i trzymała ją mocno, co z pewnością nie było zgodne z zasadami podczas meczu. Popchnęła swoją ofiarę ku mnie i zaczęła krzyczeć:

– Zaczekała aż Irenska minie ją z piłką i kopnęła ją, a jak ta poleciała na ziemię, kopnęła ją jeszcze raz. W piszczel! – Telise krzyczała wysokim tonem, i widziałam, że wykręciła Kavi rękę jeszcze bardziej.

Przypadłam do Irenski (najpierw pierwsza pomoc!), kiedy zaczęły wyć syreny alarmowe. Nie mamy czasu na boiskowe dramy – nadciąga huragan Gilly. Staram się udawać, że alarmy huraganowe to nic specjalnego, ale dobrze pamiętam jak poprzedni, huragan Felicité, zrzucił na nas trzy centymetry deszczu w dwie godziny, zablokował ruch naziemny i uziemił ruch powietrzny.

Kiedy skryliśmy się w betonowym Bezpiecznym Pokoju, wysłałam Tobo, żeby poczytał Irensce w Zdrowialni piętro niżej, w pomieszczeniu, które również było pokojem-schronem bez okiem. Byłam pewna, że to ona będzie czytać jemu. Tak czy inaczej, zrobią coś pożytecznego. Dałam mu najnowszą powieść z serii Skelt-Fire Fantasy, którą kupiłam na opaskę jak tylko ją wypuścili i ściągnęłam na holo-ekran. Graliśmy w holo-gry i śpiewaliśmy śmieszne piosenki. Po pół godzinie posłałam Telise na dół z jabłkami z naszego Koszyka Pożywności, żeby „sprawdziła, czy z nimi wszystko OK”. Wiedziała, że polecenie to oznacza tak naprawdę „bawcie się dobrze”. Zawsze uważałam, że o przyjaźń należy dbać.

Rodzice spóźnili się dwie godziny – policja ostrzegała, żeby nikt nie wychodził z domu dopóki wiatr nie zelżeje. Certyfikowani Wolontariusze Schronów, którzy mieszkają lub pracują w budynku, przyszli nam pomóc. Piekarnia na parterze upiekła dla całej klasy przepyszne samosy, żeby dzieciakom łatwiej było ten czas przeczekać.

Kiedy ostatni uczeń został już odebrany, poszłam porozmawiać z Dyrektorem Mądre Słońce o Kavi. Jak zwykle nie miał pojęcia, co robić. Koleś nie powinien w ogóle mieć nic do czynienia z realnym światem, a tym bardziej z prawdziwymi dziećmi z krwi i kości. Świetna biżuteria, szałowa fryzura, ale poza tym nie przydaje się na wiele.

Huragan Gilly skręcił na północny zachód i wygasł gdzieś nad Georgian Bay.

Dyrektor Nie-Mam-Pojęcia-Co-Robię odesłał Kavi z powrotem do klasy z klasyczną formułką „następnym razem będę lepiej panować nad swoimi emocjami”. Następnego dnia, w czasie zajęć z Języków Autochtonicznych (w tym miesiącu uczą się Kri), zabrałam Kavi na dwór, żeby pomogła w sprzątaniu. Wszędzie znajdowałyśmy śrubki, a farba solarna zwisała długimi pasami aż do ziemi, zdarta ze ścian jak kora z pnia. Jak tak dalej pójdzie, to do wiosny będziemy musieli poprosić miasto o ponowne odmalowanie całej szkoły. Tyle kasy. No jasne…

Kiedy próbowaliśmy jakoś ogarnąć cały ten bałagan, zdążyłam się dowiedzieć, jak Kavi ma na drugie imię (Hazel), że ma trzy łódki solarno-wiatrowe, pływała po czterech oceanach, a kurier przywozi jej prosto do domu zabawki tak nowiutkie, że w ogóle są dopiero w fazie projektowania. Obydwie byłyśmy znudzone tą rozmową, ale ja przynajmniej starałam się to jakoś ukryć.

Podziękowałam jej za pomoc i odesłałam do domu z wiadomością w kopercie. Wiedziałam, że jej rodzice pewnie ją zignorują i zaśmiecą nią kolejny zagrożony las.


Ustawiłam sobie dyżur na kolejne dwa tygodnie w taki sposób, żeby na długiej przerwie być na dworze. Udzieliłam pierwszej pomocy krwawiącemu noskowi, opatrzyłam skręcony palec, kilka stłuczeń i siniaków, poprawiłam luźno zamocowaną rynnę – wszystko z Kavi u boku. Na początku protestowała. Po dwóch dniach zrobiła się ponura. Czwartego dnia chyba się poddała. Myślę, że trzymając ją przy sobie zwiększałam bezpieczeństwo szkolnej populacji. Miałam nadzieję, że uda mi się popchnąć Kavi w dobrym kierunku.

– Mogę pomóc chociaż z przedszkolakami? – poprosiła po tygodniu.

– Myślisz, że już mogę powierzyć Ci opiekę nad innymi dziećmi? – odpowiedziałam łagodnie.

– Nie, no tym to nic nie zrobię!

Zostawiłam to na chwilę bez komentarza. „Tym”, powtórzyłam w końcu w zamyśleniu.

Szliśmy dalej. Wysłuchaliśmy dziesiątek drobnych skarg. Jeden z maluchów nie chciał przestrzegać zasad. Inny powiedział, że nikt nie chciał go wziąć do drużyny. Wiele z nich zgłaszało drobne przewinienia, takie użycie brzydkiego słowa lub niehonorowe zachowanie przeciwnika. Dyżur na dworze może być męczący. Zaczęłam posyłać Kavi, żeby podnosiła młodsze dzieci z ziemi i otrzepywała z piachu, a starszym przypominała, żeby nie pomijały młodszych w grach i zabawach.

Pewnego dnia wysłałam jej na opaskę oficjalny regulamin gry w fiscus.

– Ale ja znam zasady – żachnęła się.

– Wiem, wiem, ale sędzia powinna móc je wszystkie wygłosić z pamięci, wiesz, pełna profeska.

Dałam jej gwizdek.

Ćwiczyła sędziowanie na lekcjach WF-u na hali. Była sprawiedliwa i niewzruszona, jak nasza Androidzia Policja. Pomyślałam, że może pomaga jej to, że nie ma prawdziwych przyjaciół. W końcu poprosiłam ją, żeby sędziowała na długiej przerwie, w meczu w którym brały udział głównie dzieci w wieku 11-14 lat. Nie wierzyłam, że naprawdę robię jakieś postępy z Kavi, ale pocieszałam się, że teraz przynajmniej robi coś pożytecznego.


Pewnego wieczoru wyszłam potańczyć jolstę z przyjaciółmi, kiedy Syrenka, mrugając tymi swoimi wielkimi, czarnymi oczami, zapytała, czy kiedykolwiek miałam do czynienia z przemocą w szkole jako dziecko. Cały dobry nastrój po wieczorze wypełnionym tańcem nagle wyparował.

Syrenka usiadła ze mną i słuchała.

Najgorszy okres w moim życiu to kiedy miałam jedenaście lat. Była wtedy taka pewna siebie dziewczyna, która rządziła wszystkimi uczennicami w naszej klasie. Kirsty miała w sobie pewną niewidzialną charyzmę: śmiała się najgłośniej ze wszystkich, a jedno skinienie jej głowy wystarczyło, żebyśmy robiły dla niej najbardziej szalone rzeczy. Kradłyśmy sprzęt ze szkolnego magazynu; malowałyśmy brzydkie słowa na korytarzach. Kiedy Kirsty podnosiła jedną brew, wiedzieliśmy, że jest z nas zadowolona – byłyśmy wtedy z siebie bardzo dumne. To była tylko taka nie do końca niewinna zabawa, dopóki Kirsty nie wzięła na celownik Marli.

Marli i jej rodzina uciekli tego roku z Malezji przed wojną domową i straszliwą powodzią. Jej rodzice pracowali w ochronie domu towarowego. Pewnego dnia Kirsty zażądała, żeby Marli ukradła dla nas trochę zabawek. Powtarzała żądanie codziennie i nie odpuszczała. Inni się do niej przyłączyli. Dokuczaliśmy jej na korytarzach i w toalecie, w miejscach, w których nauczyciele nie mogli nas zobaczyć. Ja trzymałam się z boku, ale nie powiedziałam nic nikomu i nie odważyłam się wtrącić. Byłam potulną owieczką.

Źle się czułam, kiedy miałam iść do szkoły. Bolał mnie brzuch, prosiłam mamę, żeby pozwoliła mi zostać w domu. Wychowywała mnie samotnie i nie mogła pozwolić sobie na opuszczenie nawet jednego dnia pracy, chyba że działo się coś naprawdę poważnego. Najbliższa rodzina mieszkała w Haliburton. Fajnie się ich odwiedzało, ale to za daleko, żeby mogli się mną zająć.

Pewnego ranka Marli przyszła do szkoły. Szła zrezygnowana przez korytarz, powłócząc nogami. Niosła małą torbę z domu towarowego, gdzie pracowali jej rodzice. Podała ją Kirsty. Torba była pełna bączków, których zbieranie było wtedy modne. Kirsty podała każdemu po jednym i narzekała, że są małe i tanie. Rzuciła mi różowy bączek z taką siłą, że zraniła mnie w rękę. Serce też mnie zabolało.

Rodzina Marli próbowała zacząć tutaj nowe, bezpieczne życie. A my ją zmusiliśmy, żeby kradła tanie plastikowe bączki.

Miałam dopiero jedenaście lat, ale już wtedy wiedziałam, że to jest złe. Bardzo złe. Następnego dnia wrzuciłam mój bączek do plecaka Marli, na wypadek gdyby udało się go jakoś zwrócić, ale co się stało, nie mogło się już odstać. Miesiąc później zmieniła szkołę. Nigdy więcej jej już nie zobaczyliśmy.

Kiedy wróciłam do mojego mieszkania na dziewiątym piętrze, o ścianach wymalowanych wesołą żółtą farbą, nie mogłam przestać o tym myśleć. Kavi nie miała takiej charyzmy, ale w sumie też była taką Kirsty. Łobuziara bez empatii. Rzuciłam kurtkę na sofę i wyjrzałam przez okno na niebo, po którym przesuwało się kilka pojazdów. Ich światła poruszały się jak przepiękne spadające gwiazdy na granatowym tle, ale jedyne, o czym mogłam myśleć, to Syrenka mówiąca o tym, że trauma spowodowana szkolną przemocą może ciągnąć się latami. Miała rację. Nadal nie mogłam się pozbierać po incydencie z różową, plastikową zabawką.


Następnego dnia wyciągnęłam Kavi na chwilę z ćwiczeń z pielęgnacji drzewek bonsai (zajęcia Natura/Kultura), i udałyśmy się w miejsce, gdzie mogłyśmy spokojnie porozmawiać. Podałam jej jabłko i wgryzłam się w moje.

– I jak? Są jakieś postępy? – zapytałam, spoglądając na zielony trawnik, na którym rósł rządek młodych klonów ginnala o złotych i czerwonych liściach. Nic dookoła nie wskazywało na fakt, że jesteśmy na piętnastym piętrze – poza ciągłym buczeniem Kolei Błyskawicznej przecinającej pajęczyną torów miasto pod nami, i ruchem powietrznym, rzecz jasna. Głównie drony, ale było też kilka samolotów o spiczastym dziobie, sunących nad nami nieprzerwanym strumieniem. Czasami przychodzę tutaj z zatyczkami do uszu, żeby się zrelaksować.

– Co masz na myśli? – spojrzała podejrzliwie na jabłko.

– No wiesz… – wzięłam kolejny kęs i pokazałam klucz gęsi, które szczęśliwie przelatywały nad nami, podsuwając mi dobry przykład. – Widzisz jak ustawiają się w linię? Każda na swoim miejscu?
Z nami, ludźmi, jest trochę inaczej. Dla nas to nie jest takie proste.

Kavi schowała jabłko do kieszeni i pochyliła ramiona.

– Ile minęło czasu?

– Od czego?

– Od kiedy miałaś przyjaciół, z którymi mogłaś spędzać czas. Od czasu, kiedy ktoś Cię zaprosił w odwiedziny? – patrzyłam daleko przed siebie.

Usłyszałam obok siebie głębokie westchnięcie.

– Aż tak długo?

Odpowiedział mi tylko cichy szelest.

Pomyślałam o naszej klasie. Kavi dobrze sobie radziła z matematyką, nienawidziła zajęć
z Komunikacji – ludzi pewnie też. Od czego możemy zacząć?

– Znam dzieciaki, które zaczęły od nowa – ciągnęłam, przeciągając się – Czasami tak jest. Odważne dzieciaki, które bardzo, bardzo mocno chcą zacząć jeszcze raz. Z czystym kontem. – spojrzałam na ciągnący się w oddali rząd turbin wiatrowych – Ale to nie jest takie proste. Musisz naprawdę tego chcieć. Musisz chcieć, żeby ludzie lubili Cię za to, jaka naprawdę jesteś – żeby widzieli w Tobie coś więcej, niż błędy, które popełniłaś, i Twoje pieniądze. Te wszystkie rzeczy – to nie jesteś Ty – odchyliłam głowę w lewo i w prawo. – Czasami tak sobie myślę, że ludzie, którzy mają więcej pieniędzy, powinni nawet bardziej uważać na to, jak odnoszą się do innych, i muszą bardzo, bardzo uważać, żeby nie próbować przy ich pomocy kupić… – urwałam.

– … przebaczenia? – zapytała Kavi.

Pokiwałam głową. Ciekawe. Myślałam o kupowaniu przyjaźni.

– Dokładnie – przygryzłam wargę, pożułam ją przez chwilę, spojrzałam w dal. Pożułam jeszcze trochę.

– Jak te dzieciaki… no wiesz, jak one to zrobiły?

– Hmm… ekhm… Były dobre dla innych. Dzieliły się z nimi rzeczami. Czasami proponowały pomoc. Pokazywały, że ich szanują. Nic specjalnego. Przestały się z nich nabijać. Zamiast tego wyrobiły sobie zwyczaj mówienia drobnych miłych rzeczy.

– Na przykład: fajną masz fryzurę? Nawet, jeżeli jest okropna?

– Nie – pokręciłam głową – to musi być coś prawdziwego. Inaczej się zorientują, że tylko udajesz.

Powoli wypuściłam powietrze, mając nadzieję, że nie przesadziłam. Takie rozmowy są jak neurochirurgia. Bardzo delikatne. Jeden fałszywy ruch… Wstałam i przeciągnęłam się.

– Jeżeli chcesz, możesz już skończyć dyżur. Jesteś wspaniałą sędzią, Kavi. Dzięki Tobie mecze są dużo fajniejsze. Dzięki.

Odprowadziłam ją pod klasę, w której miała następne zajęcia.


Zima uderzyła następnego tygodnia. Był dopiero początek listopada, ale po zaledwie jednym dniu jesiennej pogody na ziemię spadł miękki puch, a potem wszystko utonęło w bieli. Dzieci śmiały się, robiły orzełki i śniegowe zamki. Wszyscy świetnie się bawili. Drużyna Energetyczna przyniosła wielkie miotły i oczyściła panele słoneczne i południową ścianę, opowiadając sobie śmieszne dowcipy. Dyrektor Nie-Mam-Pojęcia-Co-Robię musiał oczywiście zadzwonić dzwonkiem kilka razy, żeby wszyscy w końcu wrócili do środka.

Następnego dnia zamknęliśmy szkołę z powodu Ekstremalnego Mrozu (minus czterdzieści stopni Celsjusza). Zostałam w klasie przygotowując się do Przesilenia Zimowego (robiłam prezenty dla mieszkających nieopodal seniorów). Kilku uczniów przyszło nadrobić zaległości. Cieszyłam się, że nie ma ich zbyt wielu, więc miałam czas, żeby z każdym osobno porozmawiać i podrzucić kilka pomysłów.

Następnego dnia temperatura wystrzeliła do góry, sięgając zera, ale szkoła nadal była zamknięta – tym razem z powodu marznącego deszczu. Nikt nie przyszedł, nawet ci, którzy mieszkają niedaleko (ja sama mieszkałam tylko kilka pięter niżej). Nadgoniłam trochę papierkowej roboty, a potem podniosłam delikatnie listewkę żaluzji i usiadłam przy oknie, patrząc na zamarznięty ogród – każda roślinka wyglądała, jakby założyła lodową rękawiczkę. Wkrótce okno zaparowało, i nic już nie było widać. Poszłam do domu.

Przez noc nadeszła odwilż i znowu mieliśmy początek listopada. Nasz festiwal kolorów dopiero co się rozpoczął, a już się kończył – przepiękne liście klonów uleciały z marznącym deszczem. Szkoda.

W szkole uczyliśmy się o różnych okresach historii i kulturach. Każdy uczeń dostał za zadanie przygotować dla klasy niespodziankę zainspirowaną własnymi badaniami: model starożytnej machiny, muzykę lub pracę artystyczną, którą przygotują, żeby nauczyć nas czegoś o którejś z dawnych kultur. Ta część roku zawsze była dla mnie tyleż ekscytująca, ile męcząca – czułam, jak obowiązki ciągną mnie w różnych kierunkach naraz. Wszyscy potrzebowali jakiejś pomocy ze swoimi tajnymi projektami. Temperatura na zewnątrz rosła i spadała na zmianę, a my zamienialiśmy puchowe płaszcze na cienkie i z powrotem.

Na początku grudnia huragan Hannis zaatakował Amerykę Północną. Podobnie, jak większość huraganów, zaczął się niewinnie w ciepłym powietrzu u wybrzeży Mauretanii. Stamtąd podążył na zachód, nabierając po drodze ciepła i wilgoci, i otarł się o Karaiby (te z nich, które nadal utrzymywały się ponad powierzchnią wód), a stamtąd pomknął wzdłuż Ameryki Północnej. Południowe stany zostały jak zwykle zniszczone, ale na szczęście nie były to gęsto zaludnione tereny, i wszyscy zdążyli się schować do podziemnych schronów. Po dwóch dniach Hannis był już w Nowym Jorku, nabrał mocy nad Jeziorem Ontario i uderzył w nas. To był najpotężniejszy huragan w Toronto od roku 1954.

Byliśmy przygotowani. Nasze dawne tereny zalewowe były teraz rezerwatami przyrody,
a nasze mosty mogły się w razie potrzeby unosić na wodzie. Niestety później się dowiedziałam, że większość i tak nie wytrzymała, a pociągi towarowe zostały zdmuchnięte z torów. Na szczęście pojazdy Kolei Błyskawicznej były schowane w tunelach, ich pasażerowie w pokojach huraganowych, a my w szkole. Zdziwiłam się, że w ogóle ktokolwiek przyszedł, bo lekcje zostały odwołane i drzwi były otwarta tylko na wszelki wypadek, gdyby ktoś potrzebował schronienia.

Z czterystu uczniów w szkole było teraz tylko jedenastu oraz Pani Las Deszczowy i ja – obydwie mieszkałyśmy w tym samym budynku i zgłosiłyśmy się do pomocy wszystkim, którzy szukali u nas schronienia. Najbardziej zdziwiło mnie, że przyszła do nas wtedy Kavi – jej rodzice byli przecież bogaci i na pewno nie pracowali w służbach ratowniczych. Ja wzięłam sześciu starszych uczniów, a Deszczowy resztę. Czytaliśmy sobie opowiadania i robiliśmy małe rzeźby z gliny w Bezpiecznym Pokoju. O dziesiątej rano przez ściany przeniknął jęk jak z horroru, który następnie przeszedł w ryk Pociągu Błyskawicznego pędzącego prosto na nas. Przyznaję, że bardzo się wtedy przestraszyłam. Przytuliliśmy się mocno do siebie, wsłuchani w dźwięk pękających szyb w oknach i potępieńcze wycie wiatru wściekle napierającego na dach. Wszyscy krzyczeliśmy z przerażenia. Irenska szlochała, a Telise ją tuliła. Ja obejmowałam dziesięcioletnich bliźniaków. Kavi – cóż, zdziwiło mnie to, ale Kavi przytulała młodszą dziewczynkę, córkę strażaków. Zobaczyła, że na nią patrzę,
i zrobiła wojowniczą minę.

Skinęłam głową w jej stronę, wzięłam głęboki oddech, i chciałam krzyknąć kilka słów otuchy. Mój głos zginął w kakofonii przedmiotów przewalających się na zewnątrz. Miałam nadzieję, że na zewnątrz. Ściany klasy powinny wytrzymać, ale raz po raz czuliśmy uderzenia, które wstrząsały całym budynkiem. Ze wszystkich sił próbowałam nie spanikować, ale wszyscy podeszliśmy blisko do siebie, a ja wyciągałam ręce, żeby w półmroku upewnić się, czy wszyscy są cali i zdrowi.

W krótkich przerwach między kolejnymi atakami żywiołu przypominałam im
o gąbkowych podkładkach, na których spoczywały fundamenty budynków, zaprojektowanych tak, żeby w razie trzęsień ziemi i huraganów mogły się lekko kołysać bez zniszczenia konstrukcji. Powiedziałam im, że mogą się trochę ruszać, ale wytrzymają. Miejmy nadzieję. Hałas był taki, jakby wszystko miało za chwilę runąć. Jeżeli budynek się zawali…

Nasze różowe solarne lampy solne dzielnie pracowały ostatkiem sił, ale do południa nasze stopy były już całe przemoczone. Napisałam do Deszczowej, która była ze swoją grupą piętro niżej. Radzili sobie jakoś, ale ryk huraganu źle wpływał na samopoczucie dzieciaków. Na szczęście dwie Wolontariuszki Schronu przyszły, żeby przytulić piątkę dzieciaków i poczytać im na głos. Zdecydowałam, że powinniśmy zejść na dół i do nich dołączyć. Sądząc po dźwięku, gdzieś w naszej klasie musiało być zbite okno – słyszałam deszcz wpadający do środka.

Ciężkie drzwi prawie nie dały się ruszyć z miejsca. Przeżyłam chwilę grozy, ale przypomniałam sobie o czerwonym przycisku. Przytrzymałam go przez chwilę, żeby drzwi otworzyły się na tyle, abym mogła stanąć w przejściu, zasłaniając widok. Patrzyłam w milczeniu.

Klasa wyglądała jak scena zbrodni. Do środka wpadał deszcz, a raczej wlewał się nieprzerwanym strumieniem przez rozwalone okna (wszystkie szyby były zbite), pewnie wlewając się jedną z przekrzywionych przez wiatr rynien retencyjnych. Z tyłu słyszałam jęk blach, ustępujących pod naporem wody wlewającej się do Bezpiecznego Pokoju, a za oknem zobaczyłam wielką turbinę wiatrową, która złamała się i teraz leżała na ziemi. Wszystkie kolorowe klony zniknęły. Po prostu zniknęły, zdmuchnięte przez wiatr. Wyjrzałam przez południowe okno i zobaczyłam, że farba solarna odchodzi wielkimi pasami, jakby ktoś rozpiął zamek błyskawiczny, a styropian z ocieplenia latał dookoła jak nasiona dmuchawca. Zmusiłam się, żeby oderwać wzrok od widoku zniszczeń – mieliśmy ważniejsze rzeczy na głowie.

Klasa zamieniła się w rwącą rzekę. Powywracane do góry nogami meble popłynęły na koniec pokoju. Prace, które wieszaliśmy na ścianach, pływały razem z pędzlami, drewnianymi modelami figur geometrycznych oraz innymi pomocami naukowymi. Wtem Kavi i Telise wślizgnęły się do środka
i stanęły obok mnie. Koło nas przepłynęła drewniana noga od krzesła.

– Jasna… – wyszeptała Kavi.

– No tak – próbowałam się skupić. – Musimy szybko dobiec do drzwi i dostać się na dół – powiedziałam wysokim, mechanicznym tonem. – Musimy uważać na odłamki szyb. Musimy trzymać się za ręce i ustawić w linię.

Kavi i Telise przekazywały moją wiadomość dalej, a ja planowałam trasę do drzwi na końcu klasy. Obok przepływały kawałki szkła i elektroniki. Cholera. A co jeżeli porazi nas prąd? Nie no, przecież to jest niemożliwe – skarciłam się w duchu. Został wyłączony już przy pierwszej syrenie, poza tym już i tak stałam po łydki w wodzie, trzymając się kurczowo metalowych drzwi. Kurczowo, ponieważ w klasie wiał wiatr iście… no tak, iście huraganowy. Droga do celu wiodła koło dwóch solidnych kolumn. Dobrze, trzymają się mocno. No to jedziemy. Obróciłam się do tyłu i próbowałam zamknąć drzwi, ale teraz już się zablokowały na dobre. No dobra. Teraz nie mamy już wyjścia.

Troje dziesięciolatków i troje dwunastolatków patrzyło na mnie z nadzieją, stojąc niemal po kolana w wodzie.

– Dobra robota! To teraz tak: Telise, Ty będziesz strażą tylną – ustawiłam bliźniaki za sobą, potem Kavi, potem dziewczynka, potem Irenska, potem Telise. Nie mieliśmy żadnych szalików ani lin, którymi moglibyśmy się związać. – Złapcie mocno sąsiada za nadgarstek – poleciłam. Sprawdziłam każde połączenie – w ten sposób będziecie trzymać się mocniej, niż za dłonie. Nasza klasa jest jak rwący potok, a my musimy jakoś dotrzeć do tych drzwi na końcu. Zatrzymamy się przy pierwszej kolumnie, potem przy drugiej. Będziemy sobie pomagać. Musimy uważać, żeby nie porwał nas prąd. OK?

Dzieciaki pokiwały głowami.

– Jak dotrzemy do drzwi to pobiegniemy do Bezpiecznego Pokoju na dole. Jasne? Wszyscy wiedzą, co robimy? Nie rozglądajcie się dokoła. Tak, wiem, że jest straszny bałagan, i ogarnięcie tego zajmie ekipie sprzątającej tydzień. Nie marnujmy czasu na rozglądanie się, OK?

Pokiwali głowami. Jeden z bliźniaków pociągnął nosem. Kavi ostentacyjnie przewróciła oczami.

– Wieje silny wiatr, trzymajcie się! Poradzimy sobie, bo działamy jako zespół. Uda nam się.

Spojrzałam znacząco na uczniów na końcu. Weszłam głębiej do klasy, prowadząc pierwszego z bliźniaków (Robiego? Roniego?). Zrobiłam krok do przodu, walcząc z zaskakująco silnym nurtem, potem obróciłam się, żeby podtrzymać mojego małego sąsiada, który potknął się wchodząc. Wiatr wpadał do środka przez rozbite okna, próbując nas zepchnąć w kierunku połamanych sof na końcu klasy. Miałam nadzieję, że razem z Kavi damy radę utrzymać bliźniaków na nogach. Miałam nadzieję, że Irenska nie wpadnie w panikę i nie pociągnie kogoś za sobą.

Do pierwszej kolumny było jakieś dziesięć kroków. Przez cały czas miałam poczucie, że ciągnę Robiego za sobą. Wszyscy walczyli z nurtem, ale dawali radę utrzymać się na nogach. Kavi szarpnęła drugiego bliźniaka do góry – trochę za mocno, pomyślałam, ale najważniejsze, że działa. Telise wychodziła już z Bezpiecznego Pokoju. Pokazała mi podniesiony kciuk. Prześlizgnęłam się obok kolumny i jęknęłam cicho, kiedy coś mnie uderzyło w nogę. Kawałek szyby, dryfujący razem z odłamkiem drewnianej ramy. Odrzuciłam go na bok, rozglądając się wokół – miałam nadzieję, że nie pływało ich tam więcej. Potem ruszyłam do przodu, ciągnąc za sobą Robi.

Dotarliśmy do drugiej kolumny. Irenska raz się poślizgnęła, ale Telise ją podtrzymała, wypluwając wodę z ust, cała przemoczona. Wszystko w porządku. Młodsze dzieciaki dzielnie się trzymały, prąc do przodu z walecznymi minami. Byłam z nich dumna.

W połowie drogi do drzwi Robi nagle zamarł i krzyknął. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam, że w wodzie dookoła niego pływa chmura krwi, a nurt spycha go na meble. Cholera! Puściłam jego rękę i podniosłam go, trzymając za nadgarstek jego brata. Ruszyliśmy dalej. Nacisnęłam przycisk drzwi wyjściowych, wskoczyłam do kolejnego pomieszczenia, i wciągałam razem z Kavi dzieciaki do środka, jedno po drugim. Nagle usłyszeliśmy krzyk i gwałtowny plusk – Telise się poślizgnęła i wpadła pod wodę. Popchnęłam młodsze dzieciaki w stronę Kavi i skoczyłam Telise na ratunek, ale wpadłam na Irenskę. Przyłożyła mi coś do tułowia – linę bezpieczeństwa przymocowaną koło drzwi. Próbowałam ją odepchnąć, ale zdałam sobie sprawę, że Irenska przywiązuje ją do mojego paska u spodni. Szybko kombinuje. Ruszyłam przez wodę do Telise.

Stopy i głowa Telise raz po raz wypływały na powierzchnię, kiedy kotłowała się razem z odłamkami w wodzie, a nurt znosił ją do tyłu. Widok byłby nawet zabawny, gdyby nie rozrzucone wszędzie kawałki szkła.

– Obróć się! Wstań na kolana! – krzyczałam.

Telise uderzyła w stertę tablic korkowych; pociągnęłam ją za rękę i pomogłam stanąć na nogi. Szybko sprawdziłam, czy jest cała i zdrowa, przewiązując ją liną w talii. Ramieniem podtrzymałam ją mocno za plecy.

– Raz, dwa, trzy! – parliśmy razem do przodu, ostrożnie, skuleni, żeby nie przewrócił nas wiatr. Nurt ciskał w nas zabawkami i odłamkami korka.

Kavi wciągnęła nas do środka, uścisnęła na moment Telise, a potem próbowała zamknąć drzwi. Zobaczyłam, że lina jest przywiązana do poręczy. Szybko ją odwiązałam i trzymałam w ręku. Irenska pomogła młodszym dzieciom zejść na mokre półpiętro. Schody zamieniły się w wodospad. Wszyscy byli przemoczeni. Postanowiłam zmienić plan. W Bezpiecznym Pokoju nie było żadnych ubrań na zmianę, ale miałam je w swoim mieszkaniu.

– Słuchajcie, zmiana planu! – krzyknęłam, gestem pokazując Kavi, żeby dała sobie spokój
z drzwiami do pomieszczenia, które przed huraganem było naszą klasą. – Idziemy do mnie na piżamową imprezę!


Kiedy dotarliśmy do mojego mieszkania, zaprosiłam do nas Deszczową i jej drużynę i napisałam jej, co się stało z naszą piękną klasą. I z dachem. Postanowiła jednak zabrać swoją grupę do jej mieszkania na piątym piętrze. Powiadomiłyśmy rodziców i Jednostkę Ratunkową i wyruszyłyśmy w drogę. Robi nie zaciął się mocno, ale kciuki mocno krwawią nawet z drobnych ran. Udzieliłam mu pierwszej pomocy i obiecałam, że go dokładniej opatrzę po prysznicu. Mój Bezpieczny Pokój był zaraz obok łazienki. Dziewczynki umyły się najpierw, potem chłopcy.

Jabłuszko, moja ruda kotka, nigdy nie gardziła wolnymi miejscami na kolanach i darmowymi przytulaskami. Morale w drużynie szybko się poprawiło. Wymknęłam się do kuchni zrobić popcorn, pizzę i kakao, i przyniosłam dla każdego moje ubrania (za duże, ale przynajmniej suche) i ciepłe skarpetki.

Kiedy chłopcy się ubrali, a na kciuku Robiego pojawił się turban z opatrunku, zdałam sobie sprawę, że trochę mi słabo. Musiałam usiąść, żeby nie stracić równowagi. To pewnie ze stresu, pomyślałam, ale Kavi podeszła do mnie, złapała za podbródek, i podniosła głowę do góry.

– Jesteś cała blada – powiedziała – Jesteś przemoczona i zmarznięta. Marsz pod prysznic.

– Muszę zostać z…

– …bo Cię tam siłą wrzucę! – zarządziła, wskazując palcem łazienkę. Wyglądała jak moja matka.

– Jestem odpowiedzialna za…

U boku Kavi pojawiły się Irenska i Telise.

– Poradzimy sobie – powiedziała Telise.

– Musisz się ogrzać – dodała Irenska. – Cała się trzęsiesz.

– Mamy twoje jedzenie. I twojego kota. Damy sobie radę. Leć! – powiedziała Kavi, wsuwając do ust kawałek pizzy.

Potrząsnęłam głową, a potem przypomniałam sobie, że w łazience mam tabletki przeciwbólowe.

– Dobra, dziesięć minut – powiedziałam stanowczym tonem. – Nie wypuszczajcie nikogo
z pokoju. Jak będziecie mnie potrzebować, zapukajcie w drzwi.

Dalej czułam się słabo. Weszłam pod prysznic, puściłam cudownie ciepłą wodę i zdjęłam przemoczone ubrania. Kiedy ciepła woda spływała mi po zimnej szyi, czułam się jak w niebie. Rozkoszowałam się tym uczuciem przez chwilę – potem zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Odkryłam, skąd w wodzie wzięła się krew – z rany w mojej łydce.

Zakręciłam wodę, owinęłam się suchym ręcznikiem i usiadłam na podłodze, żeby obejrzeć nogę. Nie było aż tak źle. Za dobrze też nie. Przydałyby mi się plastry z klejem chirurgicznym, które trzymałam w szufladzie…

Minutę później Kavi owinęła moje ramiona suchym ręcznikiem i przyłożyła mokry do rany.

– Skąd wiedziałaś? – zapytałam.

– Pamiętam chmurę krwi, którą widziałam w wodzie, a rana Robiego jest za mała. Siedź cicho. – drzwi otworzyły się ponownie i do łazienki wślizgnęła się Irenska z apteczką.

– Trochę długo Ci z tym zeszło – warknęła Kavi.

– Dziewczyny, nie powinnyście… – zaczęłam.

– Zatkam jej usta. A ty załóż jej ten opatrunek – powiedziała Kavi.

Zamknęłam usta.

– Nie jest tak łatwo je założyć, trzeba mocno – szepnęła Irenska do Kavi – Przytrzymaj ją.

– Nie ma problemu – powiedziała Kavi.

Kavi przytrzymała mi nogę z zadziwiającą siłą. Zaraz, ile te dzieci mają lat? I kto tu jest nauczycielem? Zamknęłam oczy i przytuliłam się do ręczników, kiedy Irenska opatrywała mi nogę. Chyba zostanie lekarką.


Ogrzani i w suchych ubraniach przysunęliśmy się do siebie, żeby oglądać holofilmy o uroczych kotkach i pieskach ratujących świat. Siedem dłoni głaskało Jabłuszko. Wszystko było jak powinno być.

Irenska, Telise i Kavi były świetnymi niańkami – sprawnie rozdzielały koce i opowiadały młodszym dzieciom kawały, kiedy te zaczynały się stresować. Irenska zrobiła mi słabą herbatę i od czasu do czasu sprawdzała moją nogę, trochę się przy tym rządząc. Chyba podłapała to u Kavi.

Żadnemu z rodziców nie udało się dotrzeć przed świtem. Zanim przybyli, już od dawna spaliśmy w najlepsze; dzieci zbiły się w kulkę z Jabłuszkiem na górze – wyglądały jak gromadka kociąt.


Po przygodzie z huraganem Hannis pomiędzy Telise, Kavi oraz Irenską wywiązała się nić sympatii. Ta ostatnia nie była już taka nieśmiała. Częściej się zgłaszała na zajęciach. Kavi była jakaś cichsza i spokojniejsza. Nie robiła już nikomu krzywdy „przez przypadek” i nikt nie musiał przez nią więcej płakać. Może inni uczniowie tego nie zauważyli, ale ja tak. Kavi dalej sędziowała – sama chciała. Telise, Kavi oraz Irenska zrobiły razem świetny projekt na zajęcia z przyrody. Zanim skończyłyśmy przygotowywać prezenty na Przesilenie, zaobserwowałam więcej oznak, że coś się zmieniło. W czasie pierwszego meczu fiscusa na hali Telise krzyknęła „wszyscy są równi!” (chyba chodziło o to, żeby ktoś jej podał piłkę).

Uśmiechnęłam się. To była główna Zasada naszej cywilizacji. Tak niewiele społeczeństw naprawdę wierzyło w równe prawa dla wszystkich. Irokezi i starożytni Grecy byli najbliżej.

Ostatniego popołudnia przed przerwą przesileniową spakowaliśmy ich kartki z życzeniami i drobne prezenty. Przeglądałam je, zastanawiając się, ile jeszcze zimy przed nami. Moja coroczna przesileniowa wycieczka na wyżynę w hrabstwie Haliburton oznaczała dla mnie bieganie na nartach i jeżdżenie na łyżwach po jeziorze. Zabierałam ze sobą Syrenkę. Będzie jej się podobać, i musi w końcu kiedyś poznać moją rodzinę.

Jedna kartka przykuła moją uwagę. Kavi napisała: Dzięki, że mnie nie skreśliłaś.

Zastanawiałam się, co się stało z moją klasową łobuziarą, Kirsty. I z Marli, jej ofiarą? Wyszukałam je na opasce. O Kirsty nic nie wiadomo, ale Marli jest teraz astropilotką, ma dwójkę dzieci, i mieszka niedaleko ruchliwego kosmodromu w Saskatoon.

Udało jej się.

Spojrzałam na kartkę od Kavi z uśmiechem i zamknęłam ją.

– Ferie zimowe! – powiedziałam, i ruszyłam raźnym krokiem w stronę wyjścia.


10-letni uczniowie Jerri Jerreat walczyli ubiegłego roku [2019] o zakazanie wyrobów plastikowych jednorazowego użytku. Ekologia jest jednym z głównych tematów jej opowiadań, które ukazały się między innymi w Ottawa Arts Review, Yale Review Online, a także w Nevertheless: Tesseracts 21 oraz Glass and Gardens: Solarpunk Summers. Mieszka pod panelami słonecznymi niedaleko Kingston w Ontario. www.jerrijerreat.com

Tłumaczenie opublikowane za zgodą autorki. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Co to jest Fikcja Klimatyczna (Climate Fiction, Cli-Fi)?

Climate Fiction to odmiana literatury i filmu, w której akcja rozgrywa się zwykle, choć nie zawsze, w świecie naznaczonym przez skutki spowodowanej przez człowieka katastrofy klimatycznej. Bardzo często climate fiction przyjmuje formę dystopii.

Polska młodzież jest w znacznej mierze przekonana, że ocieplenie klimatu jest spowodowane działalnością ludzką, szczególnie spalaniem paliw kopalnych w celu pozyskania energii. Jednak nie wydaje się, żeby polska młodzież uważała katastrofę klimatyczną za sprawę bardzo pilną. Oczywiście, istnieją klimatyczne ruchy społeczne, na przykład MSK, ale stopień zaangażowania polskiej młodzieży w te ruchy nie jest wysoki. Jakoś to będzie – mówią. Ktoś tam, gdzieś tam się tym zajmuje. Bez spiny.

Do zbiorowej świadomości młodzieży musi dotrzeć fakt, że jeśli nie powstrzymamy katastrofy klimatycznej, to skutki będą naprawdę apokaliptyczne. To jest strach. Jednak strach może paraliżować i zniechęcać do działania. Dlatego oprócz wizji  dystopijnych potrzebna jest jakaś pozytywna wizja przyszłości. To jest nadzieja. Tylko połączenie strachu z nadzieją może doprowadzić do zmiany. Potrzebujemy obu rzeczy na raz. Jednak bardziej niż strachu, potrzebujemy eutopii, jako miejsca idealnego dobrobytu, jako praktycznej aspiracji. Nie utopii, która z definicji jest niemożliwą koncepcją.

Liczymy na to, że Konkurs Literacki Fikcji Klimatycznej pobudzi wyobraźnię młodzieży w poszukiwaniu eutopii.

Przykładem climate fiction łączącego dystopię i utopię, strach i nadzieję, jest książeczka Naomi Oreskes i Erika Conwaya pod tytułem Upadek cywilizacji zachodniej. Spojrzenie z przyszłości.